Logo





W BLOGACH STARTOWYCH



BLOG TEATRALNY


ARTUR PAŁYGA

Dramaturg Teatru Śląskiego im. Stanisława Wyspiańskiego w Katowicach




ARCHIWUM



OSTATNIE WPISY


Artur Pałyga, data publikacji: 2020.03.12

BĘDZIE DOBRZE!

I tak się stało, że jedyną działalnością artystyczną Teatru Śląskiego jest obecnie ten blog, czyli kronika zagłady.

Wszyscy jeszcze myślą, że to chwilowe. Że za dwa tygodnie już się coś unormuje, a najdalej za dwa miesiące minie bez śladu. Jak zawsze. Jak podczas każdej wojny, każdej dżumy, każdego końca świata. Pojedyncze głosy, że zaraza może potrwać wiele miesięcy, nie są poważnie brane pod uwagę.

W sumie może też nie traktuję ich poważnie. No jak może coś tak długo trwać? Trudno w takie rzeczy uwierzyć, a w ogóle po co? Tylko się człowiek zamartwia i potem zasnąć nie może. Najlepiej, jeśli chodzi o sen, mówić sobie i święcie wierzyć w to, że na pewno za chwilę wszystko będzie dobrze, że jakoś się ułoży, że nawet się ułoży lepiej niż by się myślało, że przecież musi wrócić do normy i to w rozsądnym czasie. Dobrze jest włączyć sobie jakiś film, dopóki jest prąd, wziąć przyjemną kąpiel, dopóki jest woda, przyrządzić sobie coś pysznego, dopóki jest z czego.

Sam w to nie wierzę, co piszę. W to: dopóki jest. W ogóle nie wierzę. Traktuję to jak żart, z serii żartów czarnych. Myślę, że prąd będzie zawsze, że woda będzie zawsze i zawsze będzie pyszne. Mam głębokie przekonanie, że tak będzie i w ogóle nie dopuszczam takiej możliwości, że na przykład przestaną działać bankomaty oraz telefony komórkowe i że stanie się to tak gwałtownie, że nie zdążę nawet poważnie wziąć tego pod uwagę, że to może nie być chwilowa awaria. Ten świat się po prostu nie może posypać! No nie wiem, może kiedyś, po mojej śmierci jakoś powolutku może sobie ewoluować w coś innego. Ale żeby teraz, tak gwałtownie, z dnia na dzień, w to nigdy nie uwierzę, bez szans. Choćbym nawet widział, oczom nie uwierzę. Oczy i uszy są omylne. Więc spokojnie! Nic poważnego się nie dzieje. Posiedźmy chwilę w domach, zrelaksujmy się. Mamy chwilowe spowolnienie. Nic więcej. Taka mała próba zagłady. Takie tchnięcie. Kaszlnięcie. Zaraz się znudzi i sobie pójdzie. Jesteśmy dzielni i będzie dobrze. Wiadomo. Będzie dobrze. Będzie dobrze. Całymi dniami, gdy wszystko poodwoływane, można sobie siedzieć i pisać: będzie dobrze, będzie dobrze, będzie dobrze, albo robić coś całkiem innego w tym rodzaju. Osobisty spektakl z obowiązkowym happyendem.



Artur Pałyga, data publikacji: 2020.02.19

CZY PAN SIĘ UWAŻA ZA PISARZA?

- Ale ty nie musisz pisać bloga o teatrze. Po prostu pisz sobie bloga Pałygi! - powiedział mi Miłosz Markiewicz. Hm. Trudne. Na tej ładnej, białej stronie Teatru Śląskiego zasuwać jakieś prywaty. Z drugiej strony jestem częścią Teatru Śląskiego, czy nie jestem? Moją specjalnością w tym teatrze jest, czy nie jest pisanie? A, wiadomo, przekleństwem każdego pisarza jest, że tak czy inaczej pisze o sobie, wierząc, że poprzez pisanie o sobie, pisze o wszystkich i o wszystkim, czego jest częścią. Można to robić bardziej lub mniej wprost. Pytanie, czy ja się uważam za pisarza? Nadchodzi koniec. Jakie to ma znaczenie, za kogo się uważam na koniec. Spośród wszystkich informacji o skutkach zmian klimatycznych, nie wiem do końca dlaczego, najbardziej podziałała na mnie ta o lodowcu Thwaites. Lodowiec Thwaites stanowi sporą część Antarktydy w jednym jak gdyby bloku. Otóż zrobiono w nim malusienieczką dziureczkę na wylot i zmierzono temperaturę wody pod spodem, i okazało się, że wynosi ona kilka stopni powyżej zera, i że lodowiec Thwaites w szybkim tempie topnieje od dołu. Już trzeszczy w szwach. A jak pęknie, to wszystkie inne bloki lodowcowe, które opierają się na wielkim Thwaitesie, spłyną sobie. No i wiadomo, podniesienie poziomu mórz i oceanów i szereg nieprzewidywalnych katastrof. Nie lubię tego straszenia. Będzie, co będzie. Niemniej, informacja o tej trzeszczącej naturalnej tamie, skojarzyla mi się z tykającą bombą zegarową. No ale co zrobisz? Nic nie zrobisz. Jakoś to będzie. A jak nie będzie, to cóż. Zawsze coś będzie. Jeszcze tak nie było, żeby nic nie było. Ruszą nasze kawałeczki w międzygwiezdną podróż, która nie ma końca. Wcześniej czy później ruszą. Więc kochajmy się póki czas!



Artur Pałyga, data publikacji: 2020.01.03

SCENA, KTÓRA WYPADŁA

Wciąż nie ma żadnej sztuki?

 

Są sztuki mydła.

 

Tekst też jest z mydła?

 

Powtórz to sto dwanaście razy, a osiągniesz czystość.

 

Tekst też jest z mydła? Tekst też jest z mydła? Tekst też jest z mydła?... (i dalej jeszcze sto dziewięć razy)

 

Co sprawia sprawę? I jaki sens w sensie?

 

Rozprzestrzeń się!

 

W sensie?

 

Żebyśmy mogli się zgubić.

 

Ja bardzo bym się chciała zgubić. I wszystko jedno z kim.

 

Zgubiłem się. Jeszcze raz, od początku. Tekst też jest z mydła? Tekst też jest z mydła? Tekst...

 

Żeby się zgubić, trzeba wiedzieć, gdzie się jest.

 

Bez sensu!

 

W sensie?

 

To tylko szumi, skwierczy, prycha! Iskrzy na łączach! Iskra gaśnie i znowu skwierczy.

 

No ale płynie. Ciągle płynie. Płynie z mydła? Też z mydła? Tekst z mydła? Tekst też z mydła?

 

To nie coś płynie, tylko my.

 

Zmyło nas.

 

Precz z wolnością!

Wysadzić kanarki!

 

Wychodzą anioły i kładą się spać.

 

Oto Pan Bóg pójdzie!

 

Wynoszą kanarka.

 

Generał umierał.

 

I zarżnął kanarka.

 

Chciałabym innych skojarzeń.

 

Inne płyną.

 

To jest sztuka

sto sztuk

tysiąc sztuk

milion sztuk

sto milionów sztuk

miliard sztuk

sto miliardów sztuk

trylion sztuk

 

Gdzie jest trup kanarka?

 

Dla kogo te sztuki?

 

sto trylionów sztuk

google sztuk

nieskończoność sztuk

brak sztuk

 

Kukurykuuu!!!

 

Już było.

 

Ja?????

 

Chyba nie ja.

 

Zawirowało.

 

Ja mogę.

 

Albert, wychodzimy!

 

Dlaczego?

 

Kanarek nie żyje.

 

Ale gdzie on jest?

 

Kukurykuuu!!!

 

W sensie?

 

Czyja to guma?

 

Po Murzynie.

 

Murzynku! Murzyneczku! Murzynuniu!

Kukurykuuu!!!

 

Coś tu się zagęściło. Jak zupa.

 

Moja zupa.

Moja zupa jest jak ja.

A ja jestem jak zupa.

Jestem na kości i mam mnóstwo witamin.

Jedzcie mnie!

 

Otwieram klatkę piersiową!

 

A tam trup kanarka.

--------

 

W mowym roku dwa zero dwa zero życzę Państwu wspaniałych zup z całym mnóstwem witamin!



Artur Pałyga, data publikacji: 2019.11.26

UWAGA, NADCHODZI

Dziś do naszego przedszkola przyszedł Adolf Hitler. Dzieci od razu go poznały i nie pomogło przebranie Mikołaja. Ani prezenty. Pani Ilonka zniknęła w kuchni pod pretekstem przygotowywania poczęstunku. Pozostałe panie były oburzone, zebrały się u pani Tereni w gabinecie, piły kawę, herbatę i radziły, co zrobić z Hitlerem. W końcu indendentka wzięła się na odwagę i poszła poprosić Hitlera, żeby poszedł won. Ale dzieci przekonały ją:

- Niech trochę zostanie, jak już przyszedł. Zostań, Hitlerze, prosimy!

Udobruchany Hitler usiadł na małym krzesełku pod choinką, ruszał wąsikiem i skubał w zadumie białą, mikołajową brodę.

Basieńka jakby nigdy nic spoczęła mu na kolanach, pogłaskała po twarzy i mówi:

- Czym ty się martwisz, czym? Mnie też nikt nie lubi. Chcesz być moim tatą? Będziesz tatą? Bądź tatą, proszę, proszę, proszę!

I ani się obejrzał, a już małe rączki zarzuciła mu na szyję i nuże, obcałowywać pooraną twarz. Hitler coś tam pomruczał i w końcu niby się zgodził. Basieńka przytuliła się do niego mocno.

Chłopcy, troszeczkę się śmiejąc, w kąciku ćwiczyli hajhitle. Najmniejszy z chłopców i najbardziej spośród nich nieśmiały, Luluś, zaczaił się za stolikiem, udaje, że niby karabin do policzka tuli, zza węgła się wychyla, mierzy do Hitlera. Basię chce odbić, z Basią się całować.

Wierzcie mi, był to najsmutniejszy widok świata.