Logo





W BLOGACH STARTOWYCH



BLOG TEATRALNY


ARTUR PAŁYGA

Dramaturg Teatru Śląskiego im. Stanisława Wyspiańskiego w Katowicach




ARCHIWUM



OSTATNIE WPISY


Artur Pałyga, data publikacji: 2019.06.05

WIDOCZNOŚĆ

W tym roku kalendarzowym ze znacznie większą niż dotąd intensywnością, docierają głosy typu: "No ten wasz Teatr Śląski to staje się naprawdę ciekawy!". Naprawdę, raz za razem się z tym spotykam ostatnio.

- Słyszałem, że Rubin u was robi teraz? A ta Kleczewska to mega! "Rosemary" też słyszałem superinteresujące - słyszę gdzieś na drugim końcu Polski.

Śledzi się, co nowego w Śląskim.

Albo telefony typu:

- Nie ma tam u was jakiejś pracy, w Śląskim? Podobno warto.

No i opinie od ludzi z zewnątrz, którzy tu pracowali przy spektaklach:

- Tu jest naprawdę świetnie! Świetny klimat pracy! Dobry zespół, nie tylko aktorski.

No dobra, nie chcę, żeby zrobiła się z tego notka marketingowo-reklamowa. Dzielę się po prostu tym, co rzeczywiście zauważam i myślę sobie, że tu też chodzi o widoczność. Stało się tak, że Teatr Śląski jest widoczny w Polsce. I wszystko, co tu się dzieje, jest widoczne. To miejsce na widoku w naszym teatralnym świecie polskim jest dość niestabilne. Niełatwo je zająć, łatwo z niego spaść. I odczuwam to tak, choć pewnie niejeden by się tu spierał ostro ze mną (i nie upieram się, mówię o subiektywnym odczuciu), że zajęliśmy je na dobre, dopiero teraz.

Może ktoś spytać, czy jest w ogóle czym się przejmować. Na co komu ta widoczność? Myślę, że jest bardzo ważna. Klub, który jest w ekstraklasie raczej budzi większe zainteresowanie niż ten z okręgówki. Ma też większe możliwości. Wierzę w to, że teatr bardziej widoczny to lepszy teatr. Pod każdym względem.

To był naprawdę dobry sezon. Szybujmy dalej!



Artur Pałyga, data publikacji: 2019.05.08

STUDENCI

Przy studentach możemy się dobrze poczuć. My, starzy wyjadacze teatralni. Mam na myśli studentów Szkoły Aktorskiej w Teatrze Śląskim. Przychodzą tu z nadziejami, z oczekiwaniami do nas i możemy się w tych nadziejach i oczekiwaniach troszeczkę ogrzać. Zajmujemy pozycje, do których oni aspirują. Uczymy ich i dzięki temu możemy poczuć, że coś wiemy. Ich wyobrażenia o nas i o teatrze są mgliste, wyrywkowe, szczątkowe w porównaniu z naszą wiedzą i naszym doświadczeniem. To miłe, być autorytetem, choćby na chwilę. Na chwilę, bo oni dość szybko zaczynają się orientować, przyglądać, rozpoznawać i nasza pozycja staje się co nieco chwiejna, nieco podejrzana. I jeśli na początku poprzez nich możemy zobaczyć, jak wyglądamy postrzegani przez osoby zewnątrz, to w miarę upływu czasu widzimy, jak postrzeganie nas zmienia się, gdy postrzegający znajdują się wewnątrz. Czy ich nadzieje się spełniają, czy nie i co się konkretnie spełnia? Co tak naprawdę przekazujemy, widać, jeśli uchwyci się różnicę między tym, jak widzą nas i teatr studenci, którzy kończą naszą szkołę, a jak ją widzą ci, którzy zaczynają. To dość bezwzględne zwierciadło, które idzie dalej w świat, przekazując nasz odbity obraz.

 

Przemyślane i zapisane po zajęciach ze studentami pierwszego roku z dramaturgii.



Artur Pałyga, data publikacji: 2019.04.16

RUBIN, JANICZAK, GERRON

Przecież żaden film nie odtwarza rzeczywistości, nie łudźmy się. Westerny z Johnem Wayne'm nie są ani o milimetr bliższe prawdy niż „Triumf woli” Leni Riefensthal. „Frankenstein”, „Błękitny anioł”, słynny dokument z życia mieszkanców Grenlandii pt: „Nanuk z Północy” itd. itp. jeśli coś odtwarzają, to czas, w którym powstały i ukształtowaną w tym czasie ludzką wyobraźnię. Więc dlaczego nie? Dlaczego nie zrobić pogodnego filmu o getcie żydowskim w III Rzeszy? Pogodnego dokumentu? Dlaczego nie nazwać go: „Fuhrer dał Żydom miasto”? Może być to film tak samo prawdziwy jak „Nanuk” i tak samo prawdziwe emocje budzący jak „Błękitny anioł”.

Tak mógł myśleć Kurt Gerron, aktor i reżyser filmowy w przedwojennych Niemczech i potem, w III Rzeszy, Żyd zaprzęgnięty do pracy przez Geobbelsowski aparat propagandy.

Na ile można sobie pozwolić, próbując ocalić życie? Na ile warto sobie pozwolić? Na wszystko? Może tak. Może na wszystko.

Leni Riefenstahl, która nie robiła swoich filmów, aby uratować życie, ale po prostu, bo chciała (plus sława i pieniądze), cieszy się do dzisiaj zainteresowaniem, renomą i szacunkiem. Wprawdzie świetnie się znalazła w zbrodniczym systemie, ale wybaczamy, gdyż zrobiła bardzo dobre i bardzo przełomowe filmy. Trochę się tłumaczyła z tej pracy w propagandzie, ale w zasadzie nie musiała. Jej wielkość jest niekwestionowana.

Kurt Gerron, choć jego przesłanki są trudniejsze do zakwestionowania, jest w kłopotliwym cieniu. Leni pokazywała morderców w glorii i chwale. Kurt pokazywał ofiary tak jakby nie były żadnymi ofiarami. Filmy Leni nieustannie oglądane są na całym świecie. Z filmu Kurta Gerrona pozostały strzępy. Leni po wojnie zaliczyła jeszcze niejeden bankiet. Kurt po skończeniu filmu o tym, jak dobrze jest w żydowskim getcie, od razu trafił do komory gazowej w Auschwitz.

A przecież nikt nie lubi ofiar. Szczególnie tych, co próbowały się ratować, idąc na układ z mordercą. A litość to maska, którą zakłada pogarda.

 

Jutro słynny tandem: Wiktor Rubin i Jola Janiczak rozpoczną w naszym teatrze pracę nad spektaklem o Kurcie Gerronie.



Artur Pałyga, data publikacji: 2019.04.03

RÓŻA MARIA

Funkcjonujemy z Magdą Fertacz na polskiej scenie dramatopisarskiej od kilkunastu lat. Patrząc poprzez nią, poprzez nasze pisanie i nasze spotkania w teatrze, mógłbym prześledzić, jak się ten teatr zmieniał przez ostatnie lata. I jak zmieniał się świat. Bo w kropli widać przecież całość.

Pamiętam, jak Magda wygrała pierwszą Gdyńską Nagrodę Dramaturgiczną. Pamiętam, jakiej to było rangi wydarzenie. Bo miała wygrać „Nasza klasa” Tadeusza Słobodzianka. Bo „Nasza klasa” wydawała się murowanym faworytem. Takim na bank. A tu Magda Fertacz i „Trash Story”, w której to sztuce niezapomnianą rolę zagrała potem Jadwiga Jankowska-Cieślak.

Potem początki festiwalu R@Port w Gdyni, gdzie z Małgorzatą Sikorską-Miszczuk i Magdą Fertacz płyniemy razem na fali wznoszącej, choć chyba wtedy tego nie czujemy. Chyba naturalne jest dla nas i nie wbijające w żadną pychę, że na kolejnych R@Portach sporą część repertuaru stanowią nasze sztuki.

Potem dyskusje o pisaniu. Próba zbratania się z filmem, kiedy środowisko filmowców zaprosiło grupkę dramatopisarzy na Gdyński Festiwal Filmowy. Panele dyskusyjne, rozmowy, rozmowy. I Magda Fertacz, i Gosia Miszczuk, i Michał Walczak, i Marysia Wojtyszko. I inni. Lepi się środowisko dramatopisarzy, jak śniegowa kula. A Magda w tym środowisku gra jedną z ról głównych.

No i wspólna praca moja i Magdy nad „Hamletem '44” w Muzeum Powstania Warszawskiego w reżyserii Pawła Passiniego. Jeden z dwóch przypadków, kiedy pisałem wspólnie z kimś sztukę. Oba przypadki były z Magdą Fertacz. Pamiętam zderzenie z jej poetyką, z labiryntami jej wrażliwości. To było niezwykłe.

Polityczność, zawsze polityczność. Zawsze, przez te kilkanaście lat Magda przywraca głos tym, którym go odebrano. Łagodniej, potem ostrzej, z przytupem.

I po paru przeczytanych zdaniach wiedziałem zawsze, że to jest tekst Magdy Fertacz.

Teraz spoza Polski, bo mieszka w Andaluzji. I trochę spoza polskiego teatru. Bo środowisko nasze dramatopisarskie szybciutko dojrzało i pękło. Konfiguracja okazała się pozornie stabilna, jak śniegowy płatek.

Teraz temat bardziej globalny. Jak bardziej globalny niż polski jest Roman Polański i jego kobiety. I jego diabeł.

W „Trash Story” najżywszą postacią było nieżyjące dziecko. Tutaj w zapowiedziach przed premierą „Rosemary” w reż. Wojciecha Farugi, Magda mówi, żeby założyć, że żadnego diabła nie ma, a wszystko to ludzie. I wciąż przywraca głos. Otrzymuje go Rosemary, która u Polańskiego go nie ma.

W Teatrze Śląskim Magdy Fertacz jeszcze nie było. Dzień dobry.