Logo





W BLOGACH STARTOWYCH



BLOG TEATRALNY


ARTUR PAŁYGA

Dramaturg Teatru Śląskiego im. Stanisława Wyspiańskiego w Katowicach




ARCHIWUM



OSTATNIE WPISY


Artur Pałyga, data publikacji: 2021.01.29

KIEDY BRAKUJE JĘZYKA

Kiedy brakuje języka do opisu aktualnej rzeczywistości, myślisz sobie: „No dobra, kto jak nie ty, pracownik sztuki, za to odpowiada?” I czy ta rzeczywistość odjechała tak bardzo, że nie da się nadążyć? A może dlatego, że sztuka zamarła, podryguje na dnie, jak ryby w stawie, z którego spuszczono większość wody i zostawiono dwa centymetry mułu, może dlatego brakuje języka? Może dlatego nie wiemy, w czym jesteśmy i jak o tym mówić, bo stłuczone zostało zwierciadło? Bo niewątpliwie coś się dzieje, co się nie działo do tej pory, w znacznie większym stopniu niż zwykle. I nie myślę tylko o pandemii, ale o gwałtownym wdarciu się w rzeczywistość życia zdalnego, wirtualnych baniek, internetowej histerii. Kiedy skroluję internet, czuję się na koniec, jakbym wielokrotnie raził swój mózg prądem w małych dawkach. Brudna, nieustannie obficie lejąca się piana codziennych informacji prasowych i telewizyjnych dopełnia dzieła wprawiania duszy w konwulsyjne drgawki. W rozwałkowanym na maksa, rwącym się płaskim placku codzienności trwają poszukiwania jakiegoś oparcia, fundamentów, prawd uniwersalnych etc.

Każdy światowy kryzys fundamentalny przynosił zwrot ku fundamentom, bo świat się musiał na czymś oprzeć, żeby się nie pogrążyć bez reszty. Tylko gdzie one dziś są? Oczywiście, ludzie potrzebują dziś śmiechu, komedii, odreagowania, ale jeszcze bardziej potrzebują realnego wsparcia, również tego, które może przynieść i zawsze przynosiła tylko sztuka. Nowa sztuka, która wyrasta z dziś, ale sięga głęboko, odpowiada na to, co dziś, szukając oparcia w dawnych odpowiedziach. Która poustawia i ponazywa, jak to sztuka, trochę na ślepo, trochę intuicyjnie, trochę z serca, trochę z umysłu, trochę pod siebie, trochę pod publiczkę, ale raczej nie jak „Dekameron”, tylko jak „Boska komedia”. A może znów się mylę, nie wiem. Ruch płyt tektonicznych trwa. Teatr stoi.



Artur Pałyga, data publikacji: 2020.12.24

OSTATNIE TAKIE ŚWIĘTA

A może to już ostatnie święta? Może więcej nie będzie? Może świat wygasa szybciej, niż się wydawało. Znacznie szybciej. Często tak jest, że trochę bagatelizujemy pierwsze sygnały, że to jeszcze, jeszcze, że jeszcze czas, a to jest ruch jednostajnie bardzo przyspieszony, i to, co wydawało się przygrywką, jest galopującym stadium.

Zwykle te święta, ten Sylwester traktuje jak radosne przejście do nowego i lepszego. A może lepiej, ciekawiej, pełniej przeżywa się czas, o którym się wie, że jest ostatni. Może się wtedy ma szansę poczuć jakiś rodzaj czułości wobec tych zwyczajów, tych rozmów przy stole, tych życzeń, tych potraw, tego świątecznego zatrzymania? I może wszystko, każdy drobiazg dopiero wtedy nabiera znaczenia?

Piszę te słowa spokojnie, bo moje przewidywania, przeczucia oraz hipotezy nigdy się nie sprawdzają. Nie pamiętam, żeby kiedykolwiek się sprawdziły. Więc to tylko ćwiczenie wyobraźni.

Wyobraźmy sobie, że już nigdy więcej nie będziemy żyli. Że pogasną te światełka. Że to się stanie dużo szybciej, niż się ktokolwiek spodziewa. Że to ostatnie takie spotkanie, ostatni taki czas. Że teraz trzeba powiedzieć to, co się zawsze miało ochotę powiedzieć i zrobić to, co zawsze chciało się zrobić, bo już za chwilę będzie za późno i już nigdy nie będzie okazji. Że zniknie dotyk, i zapach, i smak, i nic już nie będzie słychać i niczego widać, i kompletnie, ale to kompletnie nie będzie wiadomo nic. Coś na pewno będzie, ale czy my w tym będziemy? Czy w tym gronie? Z tymi ludźmi? Z tym kotem? Z tym psem? W tym domu? W tym stanie? W tym zdrowiu?

Może takie ćwiczenie wyobraźni, jeśli jest dobrze wykonane, pozwala naprawdę coś mocno uchwycić i potem ze spokojem wrócić do zwykłego poczucia, że nie, że Słońce jak zwykle wzejdzie, dzień będzie dłuższy, będzie coraz jaśniej, przyjdzie wiosna, wszystko będzie dobrze. Po takim, dobrze wykonanym ćwiczeniu, to naprawdę jest radosny powrót.

I takiego radosnego powrotu wszystkiego dobrego z całego serca życzę!



Artur Pałyga, data publikacji: 2020.10.21

PRAWDA, PRAWDA

Najszybciej znika prawda.

Trzeba o nią dbać. Trzeba na nią chuchać i dmuchać.

Oczywiście, musimy być dla siebie sto procent bardziej łagodni, wyrozumiali, dobrzy, to też ważne. Bo pełza, jak wąż jadowity, histeria, bo podłoże suche i łatwo o pożar, bo jak mgła na horyzoncie majaczą stany depresyjne i zanikają w tej mgle przyjaciele i bliscy.

Ale prawda to grunt, na którym się stoi. Bez niej zapadnie się wszystko.

Nie chodzi o prawdę objawioną. Nie chodzi o wielkie i uniwersalne prawdy. Chodzi o to, że jeśli się traci kompas, co jest prawdziwe, a co jest kłamstwem, a co wymyślone, to nic już totalnie nie wiadomo.

Kiedyś sobie wymyśliłem misję, żeby tropić fejki na wallach znajomych na fejsie i je demaskować. Teraz się tego zrobiło za dużo. Wymagałoby pogotowia antyfejkowego na cały etat dla poważnego zespołu. Wczoraj walczyłem z facetem, notabene księdzem, który rozpowszechniał całkowicie sfabrykowany cytat C.S. Lewisa, mający zniechęcać ludzi do stosowania się do obostrzeń antycovidowych i podważający samo istnienie tej choroby. C.S. Lewis, którego nazwiskiem był podpisany ten cytat (z odnośnikiem do konkretnej książki) nie tylko nigdy nic takiego nie napisał, ale pod każdym względem ten tekst był obcy wszystkiemu, co napisał. Masę polubień, mnóstwo udostępnień i komentarze z poparciem. A najdziwniejsze te komentarze, których autorzy piszą coś w rodzaju: może i to nie jest prawdziwy cytat, ale to jest prawda.

No więc nie. Albo prawda, albo nieprawda. Trzeba to ostrzej niż zwykle rozdzielać. To jest chleb, to nóż. Nóż służy do krajania chleba.

Przyzwyczajeni jesteśmy do półprawd, do strategii, do mieszania fikcji z prawdą z przeróżnych powodów, do motywowania, do straszenia. Chyba przynajmniej czasowo warto to zawiesić.

W dużej, znanej gazecie zrobiono zebranie, w której zdecydowano, że trzeba przyjąć strategię, żeby ludzi straszyć, bo wtedy może się bardziej zastosują. I straszą. Używają mnóstwa najstraszniejszych słów. Wybierają, zestawiają nie tak, żeby było prawdziwiej, ale żeby było straszniej. No więc to jest druga strona tej samej monety. Fałszywej monety. Z drugiej strony jest plandemia i czipy, które nam będą wszczepiać. Fałszywa moneta strachu.

I w życiu codziennym, w rodzinie. Prosto, otwarcie. Boję się, ale nie panikuję. Boję się o ciebie. Ale nie panikuję. Jestem spokojny, oddycham, i jestem łagodny, bo powstrzymuję wszystko, co gwałtowne. Jesteś wolny. Ale możemy utonąć. Więc, proszę cię, nie kłam.

Ziemia jest okrągła. Nie jest płaska. Jest okrągła, jak Księżyc, na który rzuca cień, który jest okrągły. Dość żartów.



Artur Pałyga, data publikacji: 2020.09.07

COŚ NIE A PROPOS

Pierwszy raz postanowiłem zabić regana, kiedy stałem w długiej kolejce do skupu butelek z tyłu supersamu. Miałem cztery płócienne torby wypakowane butelkami. Mama mi je przygotowała. Dźwigałem je przez godzinę przez całe osiedle, powoli, żeby niczego nie roztłuc. A teraz stałem już drugą godzinę w kolejce. Skup miał przerwę, a kolejka rosła, wiła się slalomem pomiędzy kubłami na śmieci, od jednej krawędzi sklepu do drugiej, i z powrotem. Nie wiadomo było, kiedy przerwa się skończy i czy pani skupowa zdąży odebrać butelki od wszystkich, czy nie trzeba będzie wracać z pełnymi torbami. Kolejka była pełna dzieci, tak jak ja, dziesięcioletnich, i trochę starszych, i młodszych. Oddawanie butelek do skupu nie było na tyle poważnym zajęciem, żeby musieli się nim zajmować dorośli. Nie tak poważnym, jak kupowanie mięsa i innych ważnych rzeczy. To robili dorośli z przodu sklepu. Byłem przekonany, że żaden szanujący się dorosły tu nie stał. Była sobota i wszyscy chłopacy z całego naszego wielkiego osiedla w wiecznej budowie, stali z butelkami pod sklepem. Pod nogami chrobotało rozbite szkło. Chłopacy tłukli się między sobą. Silniejsi wpychali się przed słabszych, butelki wypadały, krew z pokaleczonych rąk, nóg i rozbitych podczas kolejkowych przepychanek nosów płynęła obficie i skapywała na szklane okruchy. Do dziś mam blizny na ciele od tamtych skaleczeń.

I kiedy tak dreptało się w miejscu po stłuczonym szkle, słuchając awantur chłopaków i starając się mocno trzymać na nogach na wypadek popchnięcia, trzeba było zająć głowę czymkolwiek, co zagłuszyłoby nudę, straszną, jak tornado, pustoszącą, jak trzęsienie ziemi, żrącą jak kwas siarkowy, tę najprzeraźliwszą broń biologiczną o koszmarnej sile rażenia.

Pierwszy raz postanowiłem zabić regana z nudów.

O reganie wiedziałem tyle, co każdy z nas. Że chce to wszystko zniszczyć. Że planeta się rozpęknie i wszyscy wpadniemy w otchłań od tych jego perszingów, których produkuje coraz to więcej i więcej, i za chwilę już na pewno będzie musiał zacząć je odpalać, bo przestaną mu się mieścić w magazynie. Nikogo rozsądnego ani to nie cieszyło, ani nie martwiło. Informacja jak każda. Nie ma tak nigdy, żeby jakieś potworne zagrożenie nie wisiało w powietrzu. Ale ja chciałem uratować świat. Nie dlatego, że jakoś specjalnie byłem z nim związany. Po prostu myślałem, że jak uratuję świat, to Lidka się we mnie zakocha i wtedy coś się zacznie dziać w tym moim życiu. Zabicie regana wydawało się prostym i prawie bezkrwawym sposobem na uratowanie świata. A fakt, że miałem 10 lat, powinien sprawę ułatwić. Regan nie spodziewał się ciosu z ręki dziesięciolatka. Mógł się spodziewać godzilli, która walczyła już z chedorą, walczyła z giganem i drzemała przyczajona w japońskich wodach terytorialnych. Ale na pewno nie mnie. A ja w kolejce do skupu obmyśliłem plan, który zacząłem wcielać w życie.

Regan był reganem tak jak gierek był gierkiem. Byli stworzeniami absolutnymi, żyjącymi wśród ludzi, ale reprezentującymi jakiś wyższy porządek, spoza naszego układu słonecznego, a może w ogóle spoza naszego kosmosu. W zasadzie byli funkcjami. Ale żywymi. Gierek był dobry. Opiekował się naszym światem wspólnie z breżniewem, ale gierek był przydzielony bezpośrednio do nas, a breżniew był w ogóle. Regan był tym czynnikiem, który wiecznie knuje, a nawet wprost i otwarcie głosi zło. Rzecz w tym, że ani to ogólne dobro, ani zło specjalnie nas nie dotykało. Jedno i drugie działo się gdzieś jakby poza nami. Ale kiedy gierek gdzieś zniknął, i nawet, o dziwo dziwo, zniknął breżniew, i przyszły na ich miejsce jakieś zastępstwa, a regan wciąż knuł, zabicie go wydawało się całkowicie zdroworozsądkowe, wręcz konieczne. Należało to jednak dobrze zaplanować. Pierwszą i największą trudnością było, jak wyjść niepostrzeżenie z domu na tak długo.

Tu trzeba zaznaczyć, że to były czasy potworne i ciemne, kiedy już siedmioletnie dzieci znikały z domu na cały dzień i wpadały tylko zjeść, umyć się i przespać. Na szyjach nosiły sznurki z przyczepionymi kluczami od domów, gdyby chciały wpaść i czegoś się napić, kiedy wszyscy byli w pracy. Nie były to pęki kluczy, tylko pojedyncze klucze, bo drzwi w mieszkaniach zamykało się na jeden zamek.

Ale żeby zabić taką istotę jak regan, nie wystarczyłby jeden dzień. Zdawałem sobie sprawę, że aby dostać się do Ameryki, zabić regana i przyjechać do Polski, muszę jakoś załatwić z mamą, żeby nie wracać do domu na kolację. Chyba że ściągnąłbym regana tutaj, co mogłoby się okazać nieporównanie łatwiejsze. I tak zamierzałem uczynić.