Logo





W BLOGACH STARTOWYCH



BLOG TEATRALNY


ARTUR PAŁYGA

Dramaturg Teatru Śląskiego im. Stanisława Wyspiańskiego w Katowicach




ARCHIWUM



OSTATNIE WPISY


Artur Pałyga, data publikacji: 2020.10.21

PRAWDA, PRAWDA

Najszybciej znika prawda.

Trzeba o nią dbać. Trzeba na nią chuchać i dmuchać.

Oczywiście, musimy być dla siebie sto procent bardziej łagodni, wyrozumiali, dobrzy, to też ważne. Bo pełza, jak wąż jadowity, histeria, bo podłoże suche i łatwo o pożar, bo jak mgła na horyzoncie majaczą stany depresyjne i zanikają w tej mgle przyjaciele i bliscy.

Ale prawda to grunt, na którym się stoi. Bez niej zapadnie się wszystko.

Nie chodzi o prawdę objawioną. Nie chodzi o wielkie i uniwersalne prawdy. Chodzi o to, że jeśli się traci kompas, co jest prawdziwe, a co jest kłamstwem, a co wymyślone, to nic już totalnie nie wiadomo.

Kiedyś sobie wymyśliłem misję, żeby tropić fejki na wallach znajomych na fejsie i je demaskować. Teraz się tego zrobiło za dużo. Wymagałoby pogotowia antyfejkowego na cały etat dla poważnego zespołu. Wczoraj walczyłem z facetem, notabene księdzem, który rozpowszechniał całkowicie sfabrykowany cytat C.S. Lewisa, mający zniechęcać ludzi do stosowania się do obostrzeń antycovidowych i podważający samo istnienie tej choroby. C.S. Lewis, którego nazwiskiem był podpisany ten cytat (z odnośnikiem do konkretnej książki) nie tylko nigdy nic takiego nie napisał, ale pod każdym względem ten tekst był obcy wszystkiemu, co napisał. Masę polubień, mnóstwo udostępnień i komentarze z poparciem. A najdziwniejsze te komentarze, których autorzy piszą coś w rodzaju: może i to nie jest prawdziwy cytat, ale to jest prawda.

No więc nie. Albo prawda, albo nieprawda. Trzeba to ostrzej niż zwykle rozdzielać. To jest chleb, to nóż. Nóż służy do krajania chleba.

Przyzwyczajeni jesteśmy do półprawd, do strategii, do mieszania fikcji z prawdą z przeróżnych powodów, do motywowania, do straszenia. Chyba przynajmniej czasowo warto to zawiesić.

W dużej, znanej gazecie zrobiono zebranie, w której zdecydowano, że trzeba przyjąć strategię, żeby ludzi straszyć, bo wtedy może się bardziej zastosują. I straszą. Używają mnóstwa najstraszniejszych słów. Wybierają, zestawiają nie tak, żeby było prawdziwiej, ale żeby było straszniej. No więc to jest druga strona tej samej monety. Fałszywej monety. Z drugiej strony jest plandemia i czipy, które nam będą wszczepiać. Fałszywa moneta strachu.

I w życiu codziennym, w rodzinie. Prosto, otwarcie. Boję się, ale nie panikuję. Boję się o ciebie. Ale nie panikuję. Jestem spokojny, oddycham, i jestem łagodny, bo powstrzymuję wszystko, co gwałtowne. Jesteś wolny. Ale możemy utonąć. Więc, proszę cię, nie kłam.

Ziemia jest okrągła. Nie jest płaska. Jest okrągła, jak Księżyc, na który rzuca cień, który jest okrągły. Dość żartów.



Artur Pałyga, data publikacji: 2020.09.07

COŚ NIE A PROPOS

Pierwszy raz postanowiłem zabić regana, kiedy stałem w długiej kolejce do skupu butelek z tyłu supersamu. Miałem cztery płócienne torby wypakowane butelkami. Mama mi je przygotowała. Dźwigałem je przez godzinę przez całe osiedle, powoli, żeby niczego nie roztłuc. A teraz stałem już drugą godzinę w kolejce. Skup miał przerwę, a kolejka rosła, wiła się slalomem pomiędzy kubłami na śmieci, od jednej krawędzi sklepu do drugiej, i z powrotem. Nie wiadomo było, kiedy przerwa się skończy i czy pani skupowa zdąży odebrać butelki od wszystkich, czy nie trzeba będzie wracać z pełnymi torbami. Kolejka była pełna dzieci, tak jak ja, dziesięcioletnich, i trochę starszych, i młodszych. Oddawanie butelek do skupu nie było na tyle poważnym zajęciem, żeby musieli się nim zajmować dorośli. Nie tak poważnym, jak kupowanie mięsa i innych ważnych rzeczy. To robili dorośli z przodu sklepu. Byłem przekonany, że żaden szanujący się dorosły tu nie stał. Była sobota i wszyscy chłopacy z całego naszego wielkiego osiedla w wiecznej budowie, stali z butelkami pod sklepem. Pod nogami chrobotało rozbite szkło. Chłopacy tłukli się między sobą. Silniejsi wpychali się przed słabszych, butelki wypadały, krew z pokaleczonych rąk, nóg i rozbitych podczas kolejkowych przepychanek nosów płynęła obficie i skapywała na szklane okruchy. Do dziś mam blizny na ciele od tamtych skaleczeń.

I kiedy tak dreptało się w miejscu po stłuczonym szkle, słuchając awantur chłopaków i starając się mocno trzymać na nogach na wypadek popchnięcia, trzeba było zająć głowę czymkolwiek, co zagłuszyłoby nudę, straszną, jak tornado, pustoszącą, jak trzęsienie ziemi, żrącą jak kwas siarkowy, tę najprzeraźliwszą broń biologiczną o koszmarnej sile rażenia.

Pierwszy raz postanowiłem zabić regana z nudów.

O reganie wiedziałem tyle, co każdy z nas. Że chce to wszystko zniszczyć. Że planeta się rozpęknie i wszyscy wpadniemy w otchłań od tych jego perszingów, których produkuje coraz to więcej i więcej, i za chwilę już na pewno będzie musiał zacząć je odpalać, bo przestaną mu się mieścić w magazynie. Nikogo rozsądnego ani to nie cieszyło, ani nie martwiło. Informacja jak każda. Nie ma tak nigdy, żeby jakieś potworne zagrożenie nie wisiało w powietrzu. Ale ja chciałem uratować świat. Nie dlatego, że jakoś specjalnie byłem z nim związany. Po prostu myślałem, że jak uratuję świat, to Lidka się we mnie zakocha i wtedy coś się zacznie dziać w tym moim życiu. Zabicie regana wydawało się prostym i prawie bezkrwawym sposobem na uratowanie świata. A fakt, że miałem 10 lat, powinien sprawę ułatwić. Regan nie spodziewał się ciosu z ręki dziesięciolatka. Mógł się spodziewać godzilli, która walczyła już z chedorą, walczyła z giganem i drzemała przyczajona w japońskich wodach terytorialnych. Ale na pewno nie mnie. A ja w kolejce do skupu obmyśliłem plan, który zacząłem wcielać w życie.

Regan był reganem tak jak gierek był gierkiem. Byli stworzeniami absolutnymi, żyjącymi wśród ludzi, ale reprezentującymi jakiś wyższy porządek, spoza naszego układu słonecznego, a może w ogóle spoza naszego kosmosu. W zasadzie byli funkcjami. Ale żywymi. Gierek był dobry. Opiekował się naszym światem wspólnie z breżniewem, ale gierek był przydzielony bezpośrednio do nas, a breżniew był w ogóle. Regan był tym czynnikiem, który wiecznie knuje, a nawet wprost i otwarcie głosi zło. Rzecz w tym, że ani to ogólne dobro, ani zło specjalnie nas nie dotykało. Jedno i drugie działo się gdzieś jakby poza nami. Ale kiedy gierek gdzieś zniknął, i nawet, o dziwo dziwo, zniknął breżniew, i przyszły na ich miejsce jakieś zastępstwa, a regan wciąż knuł, zabicie go wydawało się całkowicie zdroworozsądkowe, wręcz konieczne. Należało to jednak dobrze zaplanować. Pierwszą i największą trudnością było, jak wyjść niepostrzeżenie z domu na tak długo.

Tu trzeba zaznaczyć, że to były czasy potworne i ciemne, kiedy już siedmioletnie dzieci znikały z domu na cały dzień i wpadały tylko zjeść, umyć się i przespać. Na szyjach nosiły sznurki z przyczepionymi kluczami od domów, gdyby chciały wpaść i czegoś się napić, kiedy wszyscy byli w pracy. Nie były to pęki kluczy, tylko pojedyncze klucze, bo drzwi w mieszkaniach zamykało się na jeden zamek.

Ale żeby zabić taką istotę jak regan, nie wystarczyłby jeden dzień. Zdawałem sobie sprawę, że aby dostać się do Ameryki, zabić regana i przyjechać do Polski, muszę jakoś załatwić z mamą, żeby nie wracać do domu na kolację. Chyba że ściągnąłbym regana tutaj, co mogłoby się okazać nieporównanie łatwiejsze. I tak zamierzałem uczynić.



Artur Pałyga, data publikacji: 2020.04.03

ATAK PANIKI

Kiedy przychodzi atak paniki, muszę go rozchodzić. Wsiadam do auta, jadę na jakąś ulicę w mieście, która jest pusta, ewentualnie nieliczni ludzie z psami, którzy idą drugą stroną ulicy. Chodzę pomiędzy pozamykanymi sklepami, fryzjerami, salonami tatuażu, barami, domami, które zamieniły się w mini-więzienia, w których ludzie coraz bardziej desperacko robią, co mogą, żeby nie wchodzić sobie w drogę, żeby się nie pozagryzać, w których świecą ekrany telewizorów, póki jeszcze wszyscy mają z czego zapłacić za prąd. Przez okna na ulicę pada światło wszystkich tych dziwnych wiadomości pełnych liczb i zamaskowanych twarzy. Tylko tam, tylko na tych świecących ekranach widać wroga, który nas atakuje, i widać ofiary. Ulice są puste i spokojne. Żadnych stosów ciał. Żadnego śladu wroga. Możnaby pomyśleć, że to wielki atak hakerski. Sfabrykowane wiadomości, sceny nakręcone w studiach telewizyjnych, w jakichś hangarach, internet pełen fake newsów. A żeby je uwiarygodnić, niektórym, bardzo nielicznym spośród nas, wmawiają, że właśnie na to zachorowali, że to jest ten wróg. W całym naszym sparaliżowanym mieście, które liczy 190 tysięcy mieszkańców, wybrali kilka takich osób. Możnaby tak pomyśleć, kiedy się spaceruje nielegalnie po tych spokojnych i cichych uliczkach.

Przed czynnym sklepem spożywczym spotkałem człowieka, który poprosił mnie, żebym mu kupił paczkę kawy i kilogram cukru. Pomyślałem, że to jeszcze jest tradycyjny biedny, ze starych czasów. Tak właśnie pomyślałem: ze starych czasów. Bo za chwilę przed tym sklepem będą stali nowi, z obecnych czasów, a kto wie, może i ja z nimi, bo sytuacja rozwija się skokowo, nagłymi, gwałtownymi przeskokami. To jest pierwsza nauka, jaką nam dał niewidzialny wróg: gwałtowność zmiany. W ciągu paru dni ludzie przyzwyczajają się do rzeczy, których sobie nie wyobrażali. W przetrwaniu pomaga słowo: „tymczasowo”. Trzeba tymczasowo wytrzymać. Za jakiś czas wszystko wróci do normy. Podczas każdej wojny, każdego wielkiego kryzysu, każdego kataklizmu to pomaga przetrwać. Za tydzień wojna się skończy, najdalej za miesiąc – myśleli zawsze i wszędzie. - Trzeba jakoś tymczasowo przetrwać. Gdyby wiedzieli, że tamto nigdy nie wróci, że nagle i bezpowrotnie zniknęło, statystyki przetrwania byłyby zapewne znacznie mniej korzystne.

Mam atak paniki. Myślę o dzieciach. Strasznie mi żal mojego siedmiolatka, że nie może spotkać się z kolegami. Dławi mnie myśl, że mogę nie mieć za co kupić mu czegoś do picia i do jedzenia. Mam atak paniki. Myślę o tym, że pojawią się ludzie biedni i zdesperowani i że mam duże szyby w oknach, które łatwo rozbić. W bezpiecznych czasach zapanowała moda na bardzo duże okna i jasne, rozświetlone mieszkania.

W marcu jeszcze wszyscy mieli pensje, teraz już nie wszyscy. Ci, co już nie mają pensji, ale mają jeszcze jakieś zapasy, i mają co sprzedawać, za miesiąc będą głodni. Dojdą do nich ci, którzy utracą pensję za miesiąc. Wszyscy liczą na to, że to tymczasowo. Że jesienią... Mam atak paniki. Wiem, że nie powinienem. Że trzeba być pogodnym, uśmiechać się, robić dobrą minę. Muszę go rozchodzić.

Ci, którzy mają oszczędności, którzy mają długą perspektywę bezpieczeństwa, mówią, że to jest czas zadumy, refleksji nad sobą i nad światem, że trzeba go należycie wykorzystać na czytanie, rozwijanie się, pracę nad swoim ja. Ci, którzy poczuli dławiący uścisk na gardle, chodzą z kąta w kąt, nie mogąc się skoncentrować, nie umieją sklecić poprawnie i spokojnie jednego zdania, nie są w stanie niczego przeczytać, ani niczego oglądać. Patrzą w świecący ekran i nic nie rozumieją. Jeśłi mają dzieci, starają się trzymać w dzień, grać z nimi w gry, bawić się, żartować. Wkładają w to tyle wysiłku, że nocami są zbyt zmęczeni, żeby spać. Jedyną ucieczkę przynosi im rozpamiętywanie dawnego świata. Bo to wszystko działo się strasznie dawno temu: te spotkania, te wycieczki, podróże, spektakle. Otwierają się szufladki w głowie. Nie mieli pojęcia, że to wszystko tam jest. Można to teraz wyjąć, oglądać, cieszyć się, że się to ma, jak bezcenne okazy owadów zastygłych w żywicy gęstniejącej w bursztyn.

 

 



Artur Pałyga, data publikacji: 2020.03.31

GLONOJAD

Zamknięty sklep zoologiczny w hipermarkecie. Chomiki, świnki morskie, myszki, białe szczurki, myszoskoczki, króliczki w akwariach. Spokój. Nikt nie puka co chwilę w szybkę, nie piszczy z zachwytem. Patrzę, czy mają, co jeść i pić. Mają. Ktoś przychodzi i uzupełnia miseczki.

W hipermarkecie przyciemnione światło. Czynne są tylko stoiska spożywcze. Garstka ludzi kręci się między długimi półkami pełnymi kiełbas, serów, deserów, kefirków, jogurcików, śmietanek do kawy, składników do pieczenia ciast, mięsa w każdej postaci, martwych ryb i ich martwej ikry, stu rodzajów mąki, miliona cukierków, batoników i ciasteczek, świeżych owoców, suszonych owoców, mrożonych owoców ze wszystkich kontynentów. Wielki, zawsze nakryty stół pełen pyszności z całego świata, czeka. Tylko gości mało.

Zamknięty sklep zoologiczny znajduje się naprzeciwko zamkniętego biura podróży. W oknie wystawowym biura podróży pełnym zaproszeń do wspaniałych przygód i niezapomnianych podróży do najodleglejszych zakątków globu odbijają się chomiki, świnki morskie, myszki, białe szczurki, myszoskoczki, króliczki w akwariach, a także ptaki w klatkach i rybki. Jeden chomik skacze uporczywie na dwóch łapkach, oparty całym ciałem o szybę, wpatrzony w górę. Przednie łapy próbuje wyciągnąć jak najwyżej, rozciąga ciało, pręży je, odbija się raz na dwóch tylnych łapach, raz tylko na jednej. Tyle pokoleń w niewoli, a jednak wciąż wierzy, że szyba w końcu ustąpi i mury runą.

Są akwaria samotnicze, z jednym osobnikiem, są i przepełnione, pełne dzieci małych i trochę większych, które urodziły się tu i innego świata nie znają. Mała mysz biega przy krawędzi akwarium tam i z powrotem, tam i z powrotem, w równym tempie. Jej współlokatorki starają się nie reagować.

Zna się każdy milimetr swojej przestrzeni, od ściany do ściany. Widzi się każdą, najdrobniejszą zmianę. Wszystkie krajobrazy świata, wszystkie zmiany pór roku, wiatru i pogody muszą zmieścić się w tej ciasnej przestrzeni.

Wpatruję się w małe akwarium z rybami. Co one robią? Jak spędzają swoje życie ozdobne ryby akwariowe w wielkim hipermarkecie, kiedy im nikt nie przeszkadza, nikt ich nie wyławia, nie wodzi palcem, nie czuć drgań od ludzkich kroków. Jest duża welonka z gigantycznym, jak na jej rozmiary ogonem, mniejsza od niej srebrna, lśniąca rybka i glonojad. Wszystkie relacje międzyosobnicze, wszystkie emocje oceanu muszą się zmieścić w maleńkim akwarium. Welonka, która początkowo wydaje się pewna swojego miejsca, stateczna i silna, zajmuje lewą, dolną ćwierć akwarium i prawie się z niej nie rusza. Wisi w wodzie, jakby pogrążona w letargu, jakby prowadziła intensywne i absorbujące życie wewnętrzne. Mały glonojad przycupnął z drugiej strony, przyssany do prawej szyby, ukryty za liściem podwodnej roślinki, niedaleko brzęczka, który cały czas jednostajnie pracuje i robi im harmonię sfer. Ale karty w tej izolacji rozdaje mała, srebrna. Jest szybka i roznosi ją energia. Musi coś robić. Nieustannie opływa trzy czwarte przestrzeni akwarium, tam i z powrotem, w nieregularnym tempie, robiąc nagłe zwroty. Niby starannie omija część zajętą przez welonkę, ale wyraźnie co jakiś czas specjalnie ją narusza. Welonka traci wtedy swój pozorny spokój i odwraca się, ale małej srebrnej już tam nie ma. Welonka przepływa majestatycznie przez całe akwarium, od ściany do ściany. Przepływa tak trzykrotnie i wraca na swoje miejsce. Dokładnie na to samo miejsce, jakby miała tam jakiś niewidzialny, wyleżany fotel, w którym czas wyżłobił dokładnie formę welonki w skali od jeden do jeden. Po tym pokazie siły mała srebrna wycofuje się i pływa tylko po prawej, całą lewą część akwarium zostawiając welonce. Wyżywa się na glonojadzie. Nienawidzi go. Z impetem roznosi jego kryjówkę pod liściem i uderza go w kark. W coś w rodzaju karku. W coś, co glonojady mają w miejscu karku. Odpływa do niewidzialnej granicy w połowie akwarium i wraca podwójnie agresywna, użreć najmniejszego. Glonojad odsuwa się w najdalszy kąt. W dolny kant akwarium, jakby próbował wydrążyć tunel. Ale stąd nie ma ucieczki. Rozdrażniona, mała srebrna, wygląda jakby go chciała zabić i roznieść szczątki po całej swojej połowie, ale nie robi tego, bo dzięki temu starczy jej na dłużej. Najprawdopodobniej przez długi czas nic się w tym układzie nie zmieni na lepsze.