Logo





W BLOGACH STARTOWYCH



BLOG TEATRALNY


ARTUR PAŁYGA

Dramaturg Teatru Śląskiego im. Stanisława Wyspiańskiego w Katowicach




ARCHIWUM



OSTATNIE WPISY


Mariusz Partyka, data publikacji: 2015.01.24

SAMA STÓWA

W niedzielę na deskach sceny kameralnej po raz setny zagoszczą aktorzy w spektaklu „Zagraj to jeszcze raz, Sam”. Typowy Allenowski klimat, świetne dialogi, czyli przepis na dwie godziny dobrej zabawy. Aktorsko też wszystko gra, bo jak dobry tekst, to i człowiekowi się chce, może więc grać sto razy (żeby tylko). Mamy też zmianę obsadową: rolę Lindy zagra Agnieszka Radzikowska.

Nie pisałbym o tym, gdyby nie było warto. Skoro po raz setny, to znaczy, że spektakl się podoba i trzyma się na afiszu sześć lat. Dużo, niemniej życzę kolejnej setki. No i w końcu to Allen. Lubię Allena, więc dygresja: właściwie lubiłem Allena do czasu, kiedy zaczął kręcić filmowe pocztówki z kolejnych europejskich miast. W planach był nawet Kraków, co natychmiast spowodowało gorączkę wśród włodarzy tego pięknego miasta. Na szczęście pojechał do Rzymu. Nie będę się znęcał nad Allenem, ale po raz kolejny nasuwa się kwestia, czy nie lepiej było skończyć wcześniej i nie bawić się w reżysera reklam kolejnych europejskich miast. No, trudno, w końcu zawsze można wrócić chociażby do „Miłości i śmierci”, i delektować się absurdalnym poczuciem humoru oraz świetną parodią rosyjskiej literatury. Cud, miód i orzeszki. Koniec dygresji.

Można też przyjść do teatru i zobaczyć na żywo Sama, czyli Allena z okresu świetności. Zapraszam.



Sebastian Pypłacz, data publikacji: 2015.01.20

DLACZEGO NIE CHODZIMY DO TEATRU?

Zapytałem ostatnio kilku znajomych, dlaczego częściej sięgają po książkę czy film, niż wychodzą do teatru. Odpowiedzi mnie nie zaskoczyły, sam odpowiedziałem na to pytanie podobnie.

W teatrze bywam rzadko, jednak kiedy już jestem - nawet na kiepskim przedstawieniu - to czerpię z tego wielką radość. No bo ekscytującym jest, że każde odegranie sztuki jest trochę inne i tylko ludzie na sali je obejrzeli, ten moment, usłyszeli dialog z tą emocją, z tym drżeniem głosu. A potem wychodzę z widowni, budynku teatru, rozmawiam ze współtowarzyszem, z którym spędziłem wieczór. Wracam do domu, zasypiam i znowu mija kilka miesięcy, zanim zobaczę kolejny spektakl.

Ilustracja Robert Trojanowski

Moi rozmówcy wysunęli kilka tropów dlaczego tak jest. Pojawił się argument o cenie biletów, ale przecież te często pojawiają się w promocjach, daleko nie szukając, Teatr Śląski informuje o biletach w dość znaczących promocjach na swoich profilach społecznościowych. Z tego powodu odrzucę ten problem.

Lepszym i trudniejszym do obalenia argumentem jest ten o brak czasu, a właściwie fakt, że teatr - taka jego specyfika - gra najczęściej o jednej, czasem o dwóch a rzadziej o trzech porach dnia - w Śląskim popołudniówki są grane w raz miesiącu. W czasach kiedy coraz więcej osób nie pracuje już w standardowych godzinach od 7 do 15, a często przesiaduje nad projektem czy zleceniem do 18, 20 czy nawet do kolejnego poranka, trudno jest wyrwać się na kilka godzin do teatru. A także niewiele mniej czasu poświęcić na przygotowania i dojazd. 

Zatem czy teatr powinien grać rano, czy może późniejszym wieczorem? Dobre pytanie, ja obstawiam, ten drugi wariant, spektakle mogły by się spokojnie rozpoczynać o 21. Podobne przesunięcie zachodzi w ostatnich latach na scenie muzycznej, jeszcze niedawno koncerty zaczynały się o 19, a dziś dopiero w okolicach 21 gwiazdy wychodzą na scenę.

To nie jest tak, że teatru nie lubię, podobnie stwierdzili moi rozmówcy. Nie chodzimy do teatru, ponieważ teatr jest zbyt wymagający. Narzuca nam godzinę, często także rodzaj ubioru, a sam nie gwarantuje 100% jakości, wszak zawsze z któryś z aktorów może być w gorszej formie.

Gdybyśmy nie podnosili teatru - w naszych wyobrażeniach - do poziomu sztuki - strasznie nie lubię tego określenia - wysokiej. Gdyby nam nie wmawiano, że spektakle prowadzą do katharsis to myślę, że moglibyśmy wtedy traktować teatr bardziej codziennie, i częściej do niego wracać.

Tylko może teatr ma być niecodzienny i specjalny, ale wtedy jak ma funkcjonować w świecie opanowanym przez zasady rynkowe? Wszak za coś trzeba aktorów i rachunki opłacić.



Natalia Stryj, data publikacji: 2015.01.14

CO PRZYNIESIE 2015 ROK? TEGO NIE WIE NIKT…


Wpisy na blogu ilustruje dla nas Robert Trojanowski

Styczeń to dla mnie czas zadawania sobie pytań co może nas czekać w nadchodzącym roku. Skoro Teatr Śląski stoi nadal i ma się całkiem dobrze to można przewidzieć, że na pewno czekają go nowe premiery, może nowe nazwiska i oby nowi widzowie, a już na pewno nowe doświadczenia i przygody.

Co do spektakli, to jeszcze w tym sezonie teatralnym mają się odbyć cztery premiery i kilka wydarzeń teatralnych. W marcu zaplanowano polski pokaz spektaklu „Prawie-Raj”, sztuki Ireny Świtalskiej, która powstaje w polsko-włoskiej koprodukcji. Premiera przygotowywanego na scenie Teatro Astro spektaklu w Turynie odbędzie się 24 lutego, a historia dotyczy bohaterki Wiktorii, której życie determinuje nie tylko polska, ale i włoska historia w czasach komunizmu. Spektakl w łączonej obsadzie (aktor z Teatru Śląskiego i aktorzy z Turynu) reżyseruje Robert Talarczyk. W kwietniu zaplanowano pierwszą w tym roku prapremierę: „Czarny ogród” (reż. Jacek Głomb), który jest adaptacją reportażu Małgorzaty Szejnert o historii Giszowca i Nikiszowca. O spektaklu na razie wiemy tylko tyle, że zagra w nim prawie cały zespół aktorski, a samo przeniesienie świetnego reportażu na deski teatru jest ogromnym wyzwaniem. W maju czeka nas nowa i pisana na zamówienie teatru sztuka autorstwa Ingmara Villqista. Za to na koniec sezonu jest zaplanowana premiera spektaklu „Pięknych dwudziestoletnich” (reż. Piotr Ratajczak), który jest tworzony na podstawie autobiografii Marka Hłaski oraz teatralny western w nowym wydaniu, którego inspiracją są losy Ślązaków tworzących osadę w Teksasie (tekst pisze Artur Pałyga, inscenizację przygotowują Robert Talarczyk i Rafał Urbacki).  Wszystko brzmi ciekawie, a to dopiero połowa 2015 roku. Co przyniesie następny sezon? Nie wiadomo, ale może nie wybiegajmy, aż tak daleko w przyszłość.

I to było na tyle jeśli chodzi o to co wiemy. Ciężko natomiast przewidzieć, które spektakle zostaną w repertuarze na długo, które będą okrzyknięte przełomowymi, a które wzbudzą kontrowersje. Nigdy nie wiadomo, który spektakl przyniesie sławę i nagrody, a który zostanie zapomniany po paru tygodniach od premiery. Zresztą, czy najbardziej liczą się dobre recenzje i wyróżnienia, czy widz i postać, którą gra aktor? Cóż dadzą przesłodzone opinie krytyków gdy na widowni są pustki, albo co gorsza znudzeni i niezadowoleni odbiorcy? A jak to jest, że znawcy teatru „skreślają” spektakl, a mimo to po roku od premiery są komplety na widowni? Tak więc nie da się przewidzieć co będzie ze spektaklem, którego jeszcze nie ma. Ciekawi mnie jednak to, któremu spektaklowi uda się pobić już docenioną „Morfinę” i kiedy to nastąpi. A może „Morfina” przyćmi swoim blaskiem wszystko na następne kilka sezonów jak to się stało z „Piątą stroną świata”? Mam jednak nadzieję, że na następny krok do „krajowej czołówki”, nie będzie trzeba czekać aż tak długo.
A może lepiej zatrzymać się tu gdzie się jest i nie próbować na siłę doścignąć „wielkich”, zatracając po drodze umiar i indywidualizm? 



Mariusz Partyka, data publikacji: 2015.01.12

NIE JESTEM CHARLIE, ALE …

Ostatnimi słowami, jakie tu napisałem w 2014 roku, były życzenia nadziei na lepsze jutro dla teatru, ale też dla kultury i sztuki. Początek 2015 roku bardzo ostro zderzył te życzenia z rzeczywistością. Nie chciałem pisać o polityce, chciałem pisać o teatrze, ze szczególnym uwzględnieniem Teatru Śląskiego. Ale muszę zabrać głos. Chociaż tyle.

Wpisy na blogu ilustruje dla nas Robert Trojanowski

To będzie wpis o wolności albo tym, co nam się wydaje, że nią jest. O tej mrzonce, idei, do której dążymy, a której tak naprawdę nigdy nie uda nam się dogonić. Ale chcę powiedzieć o tej wolności, na którą nas stać i której warto bronić, a przede wszystkim o tym, że należy się przeciwstawić tym, którzy tę przestrzeń atakują i chcą ją zniszczyć, zawłaszczyć, użyć do własnych celów.

Zmierzam oczywiście do tego, co stało się w Paryżu: do ataku na redakcję pisma „Charlie Hebdo” i zamordowaniu 12 osób. Tak, to nie jest największy atak terrorystyczny, nie jest najkrwawszy, codziennie ginie więcej osób w różnych częściach świata i nikt o tym nie mówi, przywykliśmy, Zachód się przyzwyczaił. Ludzie stają się bezsilni wobec znieczulicy; gdy w pewnym momencie następuje przesyt informacji i obrazów zniszczeń i ofiar, umysł się wyłącza, a terror trwa dalej. Nie ma tu miejsca, aby wnikać, kto i gdzie rozpętał to, co się dzieje na naszych oczach. Bo przecież ci, którzy dzisiaj podkładają bomby, nie są pierwszymi ani ostatnimi, którzy na taki pomysł wyrażania swoich poglądów wpadli. Mogę tylko stwierdzić, że się nie zgadzam.

Dlaczego zaatakowano „Charlie Hebdo”, wiedzą chyba wszyscy, dlaczego jest to takie groźne – też. Ugodzono bezpośrednio w to, czym zachodnia cywilizacja szczyci się najbardziej i uważa za swoje największe dokonanie: w wolność słowa i wyrażania poglądów. Zamordowano tych, których jedyną bronią był umysł, ołówek i papier. Nietrudno sobie wyobrazić, że atak mógł nastąpić w teatrze lub w innej instytucji kultury.

Tak naprawdę nie ma puenty. Nie trzeba być wieszczem, żeby zobaczyć, że takie ataki będą się zdarzały, co pociągnie za sobą zaostrzenie przepisów, jeszcze większe uszczelnienie granic, jeszcze silniejsze odizolowanie się Zachodu od reszty świata i powiększenie rosnącej przepaści cywilizacyjnej i światopoglądowej.

Dlatego jedynym ratunkiem jest zachowanie tej przestrzeni, w której wyrażanie własnych poglądów nie kończy się krwawą masakrą. Dlatego tak ważne jest, żeby pamiętać o „Charlie Hebdo”, rysownikach i dziennikarzach, ludziach kultury.