Logo





W BLOGACH STARTOWYCH



BLOG TEATRALNY


ARTUR PAŁYGA

Dramaturg Teatru Śląskiego im. Stanisława Wyspiańskiego w Katowicach




ARCHIWUM



OSTATNIE WPISY


Natalia Stryj, data publikacji: 2015.01.14

CO PRZYNIESIE 2015 ROK? TEGO NIE WIE NIKT…


Wpisy na blogu ilustruje dla nas Robert Trojanowski

Styczeń to dla mnie czas zadawania sobie pytań co może nas czekać w nadchodzącym roku. Skoro Teatr Śląski stoi nadal i ma się całkiem dobrze to można przewidzieć, że na pewno czekają go nowe premiery, może nowe nazwiska i oby nowi widzowie, a już na pewno nowe doświadczenia i przygody.

Co do spektakli, to jeszcze w tym sezonie teatralnym mają się odbyć cztery premiery i kilka wydarzeń teatralnych. W marcu zaplanowano polski pokaz spektaklu „Prawie-Raj”, sztuki Ireny Świtalskiej, która powstaje w polsko-włoskiej koprodukcji. Premiera przygotowywanego na scenie Teatro Astro spektaklu w Turynie odbędzie się 24 lutego, a historia dotyczy bohaterki Wiktorii, której życie determinuje nie tylko polska, ale i włoska historia w czasach komunizmu. Spektakl w łączonej obsadzie (aktor z Teatru Śląskiego i aktorzy z Turynu) reżyseruje Robert Talarczyk. W kwietniu zaplanowano pierwszą w tym roku prapremierę: „Czarny ogród” (reż. Jacek Głomb), który jest adaptacją reportażu Małgorzaty Szejnert o historii Giszowca i Nikiszowca. O spektaklu na razie wiemy tylko tyle, że zagra w nim prawie cały zespół aktorski, a samo przeniesienie świetnego reportażu na deski teatru jest ogromnym wyzwaniem. W maju czeka nas nowa i pisana na zamówienie teatru sztuka autorstwa Ingmara Villqista. Za to na koniec sezonu jest zaplanowana premiera spektaklu „Pięknych dwudziestoletnich” (reż. Piotr Ratajczak), który jest tworzony na podstawie autobiografii Marka Hłaski oraz teatralny western w nowym wydaniu, którego inspiracją są losy Ślązaków tworzących osadę w Teksasie (tekst pisze Artur Pałyga, inscenizację przygotowują Robert Talarczyk i Rafał Urbacki).  Wszystko brzmi ciekawie, a to dopiero połowa 2015 roku. Co przyniesie następny sezon? Nie wiadomo, ale może nie wybiegajmy, aż tak daleko w przyszłość.

I to było na tyle jeśli chodzi o to co wiemy. Ciężko natomiast przewidzieć, które spektakle zostaną w repertuarze na długo, które będą okrzyknięte przełomowymi, a które wzbudzą kontrowersje. Nigdy nie wiadomo, który spektakl przyniesie sławę i nagrody, a który zostanie zapomniany po paru tygodniach od premiery. Zresztą, czy najbardziej liczą się dobre recenzje i wyróżnienia, czy widz i postać, którą gra aktor? Cóż dadzą przesłodzone opinie krytyków gdy na widowni są pustki, albo co gorsza znudzeni i niezadowoleni odbiorcy? A jak to jest, że znawcy teatru „skreślają” spektakl, a mimo to po roku od premiery są komplety na widowni? Tak więc nie da się przewidzieć co będzie ze spektaklem, którego jeszcze nie ma. Ciekawi mnie jednak to, któremu spektaklowi uda się pobić już docenioną „Morfinę” i kiedy to nastąpi. A może „Morfina” przyćmi swoim blaskiem wszystko na następne kilka sezonów jak to się stało z „Piątą stroną świata”? Mam jednak nadzieję, że na następny krok do „krajowej czołówki”, nie będzie trzeba czekać aż tak długo.
A może lepiej zatrzymać się tu gdzie się jest i nie próbować na siłę doścignąć „wielkich”, zatracając po drodze umiar i indywidualizm? 



Mariusz Partyka, data publikacji: 2015.01.12

NIE JESTEM CHARLIE, ALE …

Ostatnimi słowami, jakie tu napisałem w 2014 roku, były życzenia nadziei na lepsze jutro dla teatru, ale też dla kultury i sztuki. Początek 2015 roku bardzo ostro zderzył te życzenia z rzeczywistością. Nie chciałem pisać o polityce, chciałem pisać o teatrze, ze szczególnym uwzględnieniem Teatru Śląskiego. Ale muszę zabrać głos. Chociaż tyle.

Wpisy na blogu ilustruje dla nas Robert Trojanowski

To będzie wpis o wolności albo tym, co nam się wydaje, że nią jest. O tej mrzonce, idei, do której dążymy, a której tak naprawdę nigdy nie uda nam się dogonić. Ale chcę powiedzieć o tej wolności, na którą nas stać i której warto bronić, a przede wszystkim o tym, że należy się przeciwstawić tym, którzy tę przestrzeń atakują i chcą ją zniszczyć, zawłaszczyć, użyć do własnych celów.

Zmierzam oczywiście do tego, co stało się w Paryżu: do ataku na redakcję pisma „Charlie Hebdo” i zamordowaniu 12 osób. Tak, to nie jest największy atak terrorystyczny, nie jest najkrwawszy, codziennie ginie więcej osób w różnych częściach świata i nikt o tym nie mówi, przywykliśmy, Zachód się przyzwyczaił. Ludzie stają się bezsilni wobec znieczulicy; gdy w pewnym momencie następuje przesyt informacji i obrazów zniszczeń i ofiar, umysł się wyłącza, a terror trwa dalej. Nie ma tu miejsca, aby wnikać, kto i gdzie rozpętał to, co się dzieje na naszych oczach. Bo przecież ci, którzy dzisiaj podkładają bomby, nie są pierwszymi ani ostatnimi, którzy na taki pomysł wyrażania swoich poglądów wpadli. Mogę tylko stwierdzić, że się nie zgadzam.

Dlaczego zaatakowano „Charlie Hebdo”, wiedzą chyba wszyscy, dlaczego jest to takie groźne – też. Ugodzono bezpośrednio w to, czym zachodnia cywilizacja szczyci się najbardziej i uważa za swoje największe dokonanie: w wolność słowa i wyrażania poglądów. Zamordowano tych, których jedyną bronią był umysł, ołówek i papier. Nietrudno sobie wyobrazić, że atak mógł nastąpić w teatrze lub w innej instytucji kultury.

Tak naprawdę nie ma puenty. Nie trzeba być wieszczem, żeby zobaczyć, że takie ataki będą się zdarzały, co pociągnie za sobą zaostrzenie przepisów, jeszcze większe uszczelnienie granic, jeszcze silniejsze odizolowanie się Zachodu od reszty świata i powiększenie rosnącej przepaści cywilizacyjnej i światopoglądowej.

Dlatego jedynym ratunkiem jest zachowanie tej przestrzeni, w której wyrażanie własnych poglądów nie kończy się krwawą masakrą. Dlatego tak ważne jest, żeby pamiętać o „Charlie Hebdo”, rysownikach i dziennikarzach, ludziach kultury.

 



Mariusz Partyka, data publikacji: 2014.12.29

DZIADY NA MORFINIE

Wpisy na blogu ilustruje dla nas Robert Trojanowski

Pracuję w teatrze. Stoję na drzwiach, czyli wpuszczam widzów. I kiedy stoję w tych drzwiach, przyglądam się. Ludziom, teatrowi, moim koleżankom i kolegom, którzy uwijają się na swoich stanowiskach, żeby widz był zadowolony i wrócił. Bo przecież teatr to zjawisko niepodobne do innego. Dlatego z zaciekawieniem obserwuję tę machinę, żywy organizm.

Zbliża się koniec roku, ale nie koniec sezonu, tu dopiero półmetek. Ale czemu nie zrobić podsumowania? Osobiście ich nie lubię, nie lubię też końca roku, zwłaszcza zestawień stary–nowy i tego, że było słabo, ale będzie lepiej, postanowień noworocznych. To się nie sprawdza.

A zatem nie lubię zgrabnych wpisów zbierających razem wszystko, co wydarzyło się przez dwanaście miesięcy. Dlatego skupię się na kilku spostrzeżeniach, zrobię zaledwie szkic.

Nie zdziwię nikogo, jeśli powiem, że teatr ma się dobrze, a nawet coraz lepiej. Nie jeżdżę po Polsce i nie oglądam wszystkich spektakli (byłoby miło), ale udało mi się obejrzeć kilka. Co najmniej trzy przekonały mnie, że na scenie dzieją się rzeczy istotne. Rzeczy, które sprawiają, że zaczynam inaczej postrzegać siebie i świat, które burzą mój spokój, każą przewartościować priorytety albo zwyczajnie zastanowić się, czy nie jest mi za dobrze. To otwiera oczy i wyzwala inspirację.

Pierwszy z nich – choć premierę miał już jakiś czas temu – obejrzałem pod koniec zeszłego roku na żywo, a potem raz jeszcze w telewizji: „(A)pollonię” Krzysztofa Warlikowskiego. Okazało się, że jest możliwa fuzja tego, co było, z tym, co jest, opisanie bolesnych wydarzeń poprzez lekturę tekstów starożytnych i współczesnych. Dla mnie to spektakl totalny, który drażni i stymuluje. Kim lub czym jest ofiara? Czy Holocaust trwa nadal – na przykład w przemysłowym chowie zwierząt? Mocny teatr – politycznie zaangażowany, który wali po oczach, ale też subtelny, zniuansowany, tkliwy wręcz.

Po kilku miesiącach objawiła się „Morfina” w reżyserii Eweliny Marciniak. W chłodnej, postindustrialnej przestrzeni cechowni szybu Wilsona w Katowicach odbył się spektakl, na który ten teatr czekał i zasługiwał od dawna. Bohaterowie pozbawieni nimbu chwały i sprowadzeni do roli przypadkowych uczestników wydarzeń, pomiatani wiatrem historii. Ostatni królowie i piękne kobiety, gorączka, której nie da się zbić. Doskonale zagrany spektakl. Mówię „zagrany” także dlatego, że wespół z zespołem Chłopcy kontra Basia, który nie tylko tworzy tło muzyczne, ale aktywnie uczestniczy w przedstawieniu.

Trzeci raz zachłysnąłem się w czasie festiwalu Interpretacje, chociaż przedsmak poczułem wcześniej, bo „Dziady” w reżyserii Radosława Rychcika najpierw puszczono w telewizji. Ten spektakl pozwolił mi uwierzyć, że nasz dramat narodowy da się przełożyć na język uniwersalny, zrozumiały nie tylko dla Polaków. Przekonali mnie o tym Joker i Marylin Monroe, przekonali Gustaw Holoubek i Martin Luther King. Zestawienie karkołomne, ale tutaj zagrało doskonale. Osadzenie akcji w uniwersum popkultury Stanów Zjednoczonych, nadało dramatowi Mickiewicza nowych znaczeń: odesłało z wieku dziewiętnastego do dwudziestego pierwszego. I okazało się, że walka trwa, zmieniły się tylko dekoracje – o godność, miłość, wolność czy tożsamość. Zarzut, że sprofanowano święty tekst, jest, hm, nie na miejscu. Każde pokolenie ma prawo do własnych interpretacji. Ta okazała się zrobiona z przytupem i do tych „Dziadów” będę wracał, jak wracam do „Miasteczka Twin Peaks”, z którego jedna z bohaterek, także występuje w spektaklu.

Teatr ma się dobrze i coraz lepiej, niemniej szkoda, że dalej dociera do tak niewielu. Chociaż wpuszczając kolejne fale rozradowanych dzieci na spektakle mikołajkowe, stwierdzam, że jest nadzieja. I tego życzę wszystkim na nowy rok.



Sebastian Pypłacz, data publikacji: 2014.12.25

MAGAZYN KOSTIUMÓW

Zastanwialiście się kiedyś gdzie trafiają kostiumy po zdjęciu spektaklu? Jak wygląda magazyn kostiumów oraz ile znajduje się w nim strojów?

Odpowiedzi szukajcie w dziejszym vlogu na YouTube: