Logo





W BLOGACH STARTOWYCH



BLOG TEATRALNY


ARTUR PAŁYGA

Dramaturg Teatru Śląskiego im. Stanisława Wyspiańskiego w Katowicach




ARCHIWUM



OSTATNIE WPISY


Sebastian Pypłacz, data publikacji: 2015.03.06

REMAKE TO DZIECKO TEATRU

Przeglądając zapowiedzi filmów, coraz trudniej trafić na oryginalną pozycję. Nasze kina - te bardziej masowe - są bombardowane sequelami, prequelami, adaptacjami wszystkiego i co najważniejsze remake'ami. W takich momentach przeklinamy i rzucamy kąśliwą uwagę o powtarzalności popkultury.

Kiedy tak siedziałem, myślałem o tym skąd się to wzięło, w końcu wpadłem na pewien trop. Teatr! Remaki zawdzięczamy teatrowi!

No bo czym są kolejne adaptacje tych samych sztuk? Remakiem. Czy to znaczy, że rak współczesnej kinematografii strawił najpierw kreatywność twórców dramatów? Nie, po prostu zrobienie czegoś znanego od nowa to też wyzwanie. W teatrze każde nowa interpretacja sztuki, może być wydarzeniem, takim samym jak premiera pierwszej wersji. No bo za każdym razem dana fabuła filtrowana jest przez ludzi z innych środowisk i z innymi doświadczeniami życiowymi. No, ale przecież podobnie jest w filmach?

Także, nie narzekajmy na wyrost.

Aha, a prequele i sequele też nie są wymysłem chciwych producentów z Hollywood, przecież u nas już dawno temu specjalizował się w ich pisaniu Henryk Sienkiewicz.



Mariusz Partyka, data publikacji: 2015.02.26

FANTAZYJNA MASŁOWSKA

Przez ostatnie dni towarzyszyłem z aparatem w ręku próbom generalnym i egzaminom III roku Studium Aktorskiego w Teatrze Śląskim. W zeszłym tygodniu wybrzmiał „Fantazy” Juliusza Słowackiego w reżyserii Romana Michalskiego. Drugim egzaminem było wystawienie sztuki Doroty Masłowskiej „Między nami dobrze jest” oraz kilku scen prozą. Wszystko pod czujnym okiem Bogumiły Murzyńskiej. Tutaj dla mnie pojawił się teatr. Byłem ciekawy interpretacji tekstu Masłowskiej. Ten spektakl potwierdził, że egzamin niekoniecznie musi być dwoma godzinami oglądania czegoś, co już się widziało tu czy tam, ale że można zrobić coś nowego i usatysfakcjonować nie tylko komisję egzaminacyjną. Widzów także.

"Fantazy", obsada: Katarzyna Gołąb, Beata Wójcicka, Magdalena Tokarz, Marysia Baładżanow, Martyna Mirek, Adam Ender, Arkadiusz Machel, Wojtek Żak, Aleksander Kurzak, Karol Gaj. Suflerka: Sara Bednarczyk. Reżyseria: Roman Michalski.

"Między nami dobrze jest", obsada: Beata Wójcicka, Katarzyna Gołąb, Magdalena Tokarz, Marysia Baładżanow, Arkadiusz Machel, Aleksander Kurzak, Karol Gaj. Reżyseria: Bogumiła Murzyńska.

Fotorelacja z egzaminów poniżej. Więcej zdjęć na:

https://mariuszpartyka.wordpress.com/2015/02/26/maslowska-w-studium-czyli-miedzy-nami-dobrze-jest-i-sceny-proza/

https://mariuszpartyka.wordpress.com/2015/02/20/fantazy-czyli-iii-rok-studium-aktorskiego-interpretuje-slowackiego/



Natalia Stryj, data publikacji: 2015.02.20

„SABOTAŻ” TEATRU...


Ilustracja: Robert Trojanowski

Miało być spokojnie i miało być o pewnym  filmie i Oscarach, ale najlepsze tematy to są te, które dotykają autora osobiście, więc wybaczcie, ale wszystko inne musi poczekać. Kilka wpisów niżej (wpis z 20 stycznia) Sebastian zastanawiał się dlaczego nie chodzimy do teatru. Każdemu przyszły do głowy ceny biletów czy brak czasu (z czym oczywiście się zgadzam) i to jest jasne. Dzisiaj doznałam olśnienia i przyszedł mi do głowy jeszcze jeden poważny argument. Nikt, a jeśli już, to mało kto wpaja w młodych ludzi chęć chodzenia do teatru. Na każdym poziomie edukacji spotkałam się bardziej ze zniechęcaniem młodzieży i dzieci do teatru. Nie oznacza to, że nikt nas do niego nie wysyła. Raz lub kilka razy do roku (w zależności od szkoły) uczniowie dosłownie są zaciągani siłą na jakiś spektakl. Kończy się to tym, że księgowi cieszą się, że mają zapełnioną widownię, bileterzy i inni pracownicy mają pełne ręce roboty w związku z upominaniem itp., a młodzież jeśli nie jest zainteresowana robi wszystko zamiast skupić się na spektaklu. A jeszcze na dokładkę musi odrabiać stracone godziny, żeby wyrobić się z programem. Jeśli to jest dobra sztuka i teatr to jest jeszcze szansa, że ktoś będzie chciał tam wrócić, ale część osób będzie na „nie” za sam fakt przymusu i presji jaką się na nim wywarło. Miałam to szczęście, że ja trafiłam na taką dobrą sztukę (a raczej na taką, która mnie wciągnęła w ten świat), więc jestem tu gdzie jestem, ale nie dziwię się nikomu kto ma uraz i niezbyt optymistycznie patrzy czasem na teatr.
Pomyślałam sobie, że na studiach (a szczególnie kierunkach związanych z kulturą i teatrem) nikt już nie jest w stanie zniechęcić do teatru, a jeśli już to tylko zachęcić poprzez ciekawy program nauczania etc. Nic bardziej mylnego. Wszystko tak naprawdę zależy od sposobu w jakim chce się przekazać daną wiedzę i to dotyczy każdej dziedziny i przedmiotu. Niektórzy ludzie naprawdę nie nadają się do nauczania (pomimo tego, że bez wątpienia znają się na rzeczy). W przypadku teatru jest to o tyle fatalna sytuacja, że już na początku nie ma zbyt wielu chętnych na uczenie się o teatrze (bo dlaczego mieliby chcieć się uczyć skoro do niego nie chodzą). A jeśli w dodatku nauka o teatrze konkuruje z nauką o filmie to chyba nie trzeba dodawać co wygrywa. Tym bardziej należałoby zachęcać i ciekawie nauczać tak, aby zdobył on (teatr) nowych miłośników, a już na pewno nie „usuwać” tych, którzy już nimi są. No niestety, jak się okazuje z tym bywa różnie i bardzo mnie to dziwi i smuci. Nie wiem dlaczego niektórzy ludzie, którzy praktycznie żyją z teatru ucząc o nim sami „sabotują” go od środka. Może to jest jakaś próba wiary i siły? Wytrwać w miłości do teatru mogą tylko „najsilniejsi”? Sama nie wiem, ale widzę, że do wielu nie można mieć pretensji, że nie chodzą do teatru. Należy mieć pretensje do tych, którzy mogliby do niego przekonać, a działają zupełnie odwrotnie.
Ja ze swojej strony mogę tylko apelować do młodych ludzi – nie zrażajcie się do teatru przez to co Was spotka na swojej edukacyjnej drodze, bo nigdy nie wiecie czy to właśnie nie jest wasza prawdziwa pasja.

 



Mariusz Partyka, data publikacji: 2015.02.17

RADYKALNIE PO WINYLU - ROZMOWA Z DARIUSZEM CHOJNACKIM

Ilustracja Robert Trojanowski

Jestem z gazety „Koń Polski”. Pierwsze pytanie: jakie zwierzę lubi pan najbardziej i dlaczego konia?

(śmiech)

Jeśli zwierzęta, to raczej psy. Wychowywałem się w wolnostojącym domu, więc pies biegał po podwórku i do tego jestem przyzwyczajony, więc jeżeli będę miał psa, to na takiej zasadzie. Nie chodzi o to, żeby był przywiązany do budy, ale o to, żeby dać mu wolność, bo pies, moim zdaniem, może się męczyć w małym mieszkanku, wyprowadzany na spacer tylko dwa, trzy razy dziennie, na kilka minut. W mieszkaniu za to mamy kota, mieliśmy dwa, ale jeden niestety spadł z balkonu. Przeżyliśmy to strasznie z Agą, tym bardziej że założona była specjalna siatka, która miała zapobiec tego typu wypadkom.

Czy teatr ma granice lub powinien je mieć?

Bardzo trudne pytanie na początek. Mam wrażenie, że wszystko je ma, oczywiście nie ustalę ich teraz, ale od dawna trwa debata, czy sztuka ma swoje granice i mnie wychodzi, że tak, w końcu sztuka może być pistoletem, potrafi zabić. W naszych czasach walczy się z agresją fizyczną, więc negatywna energia jest zamykana w słowach. I tutaj tkwi problem współczesnej sztuki, muzyki, polityki, ale nie tylko. Jeżeli sztuka ma kogoś skrzywdzić, urazić, to tutaj widzę granicę.

Powiedzmy, że otrzymujesz propozycję zagrania roli, która właśnie przekracza granicę, którą gdzieś tam sobie ustaliłeś. Przyjmujesz ją?

To delikatna sprawa, jeszcze się nie znalazłem w podobnej sytuacji, ale są takie role, których bym nie zagrał. Widzę, że wielu aktorów przedkłada ambicje i robienie kariery nad zasady etyczne, czy jak je zwać. Jeśli oni wchodzą we wszystko, jeśli rezygnują z tych zasad na rzecz teatru, sztuki, to nie do końca mi się to klei, coś jest nie tak. Ale jak powiedziałem, teoretyzuję. Nie chcę przesądzać, że czegoś w życiu nie zagram, a potem się okaże, że jednak zagrałem.

Przez ostanie sezony w Teatrze Śląskim zagrałeś kilka głównych ról. Która z nich najpełniej określa ciebie jako aktora?

Nie będę za bardzo oryginalny, jeśli powiem, że rola w „Piątej stronie świata”. Nie mam nawet zamiaru przed tym uciekać. Wielu aktorów przez całe życie czeka na coś, w czym stuprocentowo się spełnią, a ja taką okazję otrzymałem bardzo szybko. Doskonale zdaję sobie sprawę, że teraz może nastąpić etap „I co dalej?”. Kiedy znów zagram taką rolę? Może nigdy. Bo teatr to jest taka menda, że tutaj musi zaskoczyć kilka rzeczy naraz. Dzięki spotkaniu z reżyserem, z kolegami, z tekstem, ze światłami, ze scenografią i widzem stworzyła się taka magia, że to było coś wyjątkowego. Tam czuję się spełniony pod względem artystycznym i osobistym. To był dla mnie bardzo trudny czas, po śmierci mojego brata. Miałem takie wrażenie, że stworzyłem tę role razem z nim i że to nasze wspólne dzieło. To wszystko sprawia, że to jak na razie moja najważniejsza rola, mimo że od skończenia szkoły teatralnej dużo się wydarzyło w moim życiu artystycznym. Począwszy od teatru Pieśni Kozła, gdzie jest zupełnie inne podejście do aktorstwa, bardziej fizyczne. To doświadczenie pomogło mi też w teatrze instytucjonalnym. Ważna jest dla mnie też rola Biondella w „Poskromieniu złośnicy”, bo pierwsza. I ta w „Zagraj to jeszcze raz, Sam” Woody’ego Allena. Świetna praca była wtedy, energia. W „Locie nad kukułczym gniazdem” Robert Talarczyk dał mi wolną rękę, po „Piątej stronie …”. W inscenizacji Kutza od początku do końca musiałem mieć wszystko pod kontrolą, u Keseya mogłem się wyżyć.

Ta rola chyba najlepiej pokazuje twoją energię. Chociaż byłem pewien, że na to pytanie odpowiesz inaczej, że twoją najważniejszą rolą jest Diabeł Morski w „Przygodach Sindbada Żeglarza”.

No tak, to nie do uniknięcia. Wiesz, mimo że aktorzy tego nie przyznają, granie w takim przedstawieniu jest piękne i całkowicie szczere. Jak dzieciom się nie spodobasz, to one ci od razu powiedzą, że im się nudzi, żebyś spadał na drzewo. U dorosłych są maski, jakieś chowanie, trendy, to nie to samo. Granie dla dzieci wiąże się z bezpośrednią interakcją i to jest świetne.

Jak to jest z filmem u ciebie. Czy teatr to dalej priorytet?

Łapiesz mnie w dziwnym momencie, bo tak naprawdę mam lekki kryzys teatralny. Czuję, że w 80% tego, co oglądam na deskach teatru, nie chciałbym uczestniczyć. Teraz jest taki moment w moim życiu – może to wynika z tego, że teatr już lepiej znam, wszystkie blaski, cienie i nędzę – że zaczynam nowy etap, właśnie związany z filmem. To dla mnie nowy ląd, nie wiem jeszcze, jak to ugryźć, jak to jeść, ale to mnie ostatnio wciągnęło, chyba na poważnie.

Seriale? Nie w rodzaju „Pierwsza miłość”, tylko w stylu „Breaking Bad” czy „True Detective”.

Jasne! Gdyby tylko pojawiła się propozycja, żeby zagrać w podobnym serialu, to jak najbardziej. Tylko że u nas niestety często się zdarza, że dostajesz propozycję roli w formacie amerykańskim albo brytyjskim, czymś, co zapowiada się na świetny serial, a później wychodzi z tego „Pierwsza miłość”. Nie jesteś w stanie tego przewidzieć podczas lektury scenariusza albo nawet na planie. I wpadasz w pułapkę. Z tym się często wiąże ten zawód – albo będziesz miał szczęście i załapiesz się na coś, co okaże się sukcesem, albo na atrapę sukcesu.

Oglądałeś jakieś filmy, które są w tym roku nominowane do Oscara?

Niestety nie udało mi się znaleźć na to czasu. Widziałem tylko polski dokument krótkometrażowy „Nasza klątwa” i wywarł na mnie porażające wrażenie. Chociaż ja tę sytuację znam niejako od środka, bo wraz z Agą i Basią Lubos jeżdżę co roku do hospicjum i widzimy tam podobne, a nawet cięższe przypadki. Patrząc na ludzi, którzy bardzo często zostają sami z tą tragedią, dla nich ten film może być bardzo ważny, że on pokazuje, jak to jest, dosłownie. On wyciąga ich z głębokiego cienia i mówi: „Patrzcie, to dziecko, to nasza klątwa, nasze życie, nasza miłość, nasze wszystko”.

A co z Zabrzem?

Ja jestem nieobiektywny, ponieważ kocham Zabrze. Ja widzę Zabrze w pięknych barwach. Boję się jedynie o Górnika. Ale ogólnie mam wrażenie, że jest postęp, że idzie wszystko w dobrym kierunku. Kocham moje Kończyce, kocham ten świat. Czuję wewnętrznie, że nie mógłbym żyć z dala od tego miejsca.

Znane jest twoje zmiłowanie do muzyki, szczególnie tej puszczanej z winyli. Robiłeś też coś w Narodowej Orkiestrze Symfonicznej Polskiego Radia.

Tak, dostałem propozycję wyreżyserowania koncertu z Cameratą Silesią, były to songi Charlesa Ivesa. Rzuciłem się na to. Było to bardzo stresujące, schudłem z cztery kilo, nie spałem chyba z tydzień, ale praca była wspaniała, bo ludzie świetni. Jakby spełniły się moje marzenia, bo muzyka to jednak moja największa pasja

Reżyseria teatralna cię pociąga?

Nie chcę się w to bawić, nie chcę być aktorem reżyserem.

Czyli w tym względzie jesteś stanowczy.

Tak, podobnie zresztą jak z udziałem w reklamach. Bronię się przed tym, choć z wiekiem mój radykalizm się zmniejsza, w końcu są sytuacje losowe, kiedy ten zastrzyk gotówki może się okazać niezbędny.

Pedagogiem też chyba nie chciałeś zostać. Mamy pod nosem Studium Aktorskie, ale ty w tym nie uczestniczysz.

Nie, tutaj też jestem radykalny. Oczywiście zdarzało mi się prowadzić warsztaty, ale po latach doświadczeń nie za bardzo wiem, jak można tego uczyć. Wychodzi mi na to, że ilu aktorów, tyle metod. Razi mnie, jeśli ktoś mówi, że jego metoda pracy, przygotowania roli jest najlepsza. Powoli. Każda rola wymaga tak naprawdę innego podejścia. Kiedyś byłem w stanie spędzić dwa tygodnie na dworcu jako menel, żeby przygotować się do roli na deskach teatru, ale później spotkałem aktorów, którzy mają zupełnie inne podejście. Na przykład Grzegorz Przybył pokazał mi, że można przygotować się inaczej, że nie trzeba na dwa tygodnie wchodzić w skórę kogoś innego, że można to zrobić w jeden dzień, ale konkretnie. Niemniej uważam, że szkoły teatralne są niezbędne, bo tam można te wszystkie sposoby wypróbować, przetestować. Brak szkoły widać do razu, czy to w teatrze czy w filmie, to podstawowe błędy, jak choćby nieumiejętność zbudowania postaci. Braki warsztatowe mnie rażą.

Przez ostatnie lata w Teatrze Śląskim zrealizowano spektakle na światowym poziomie, chodzi mi zwłaszcza o „Iwonę, księżniczkę Burgunda”, „Piątą stronę świata” no i ostatnio „Morfinę”. Myślisz, że to dobry kierunek?

Jak dla mnie „Iwona, księżniczka Burgunda” jest najbardziej niedocenionym spektaklem w historii tego teatru. O „Piątej stronie…” nie będę się wypowiadał, bo jestem w środku, a „Morfiny” nie widziałem, więc nie mogę się powiedzieć.

A co z Interpretacjami?

Nie znoszę Interpretacji. Mam wrażenie, że od siedmiu lat pokazują ten sam spektakl. Nie cenię tego rodzaju teatru. Będąc aktorem, widzę tę hochsztaplerkę. Pewne rzeczy szybciej do mnie docierają. Już w szkole we Wrocławiu, bo tam się ten cały nurt narodził, zastanawialiśmy się z kolegami, kiedy to się skończy, kiedy zacznie się coś nowego, coś prawdziwego. To trochę jak w tym eksperymencie, który kiedyś przeprowadzono, że dano słoniowi i małpie pędzel i podsunięto płótno, a potem sprzedano to za grube pieniądze, oczywiście nie informując, że to dzieło zwierząt. Jakieś 70% spektakli na Interpretacjach tak właśnie wygląda.

Nie uważasz, że powstaje coś nowego, twórczy ferment?

Zdecydowanie nie. Od siedmiu lat tłucze się to samo. Gdzie tu ferment?

W takim razie, co cię ostatnio zachwyciło w teatrze?

W 2005 roku byłem w Teatrze Polskim we Wrocławiu na sztuce Petera Brooka „Tierno Bokar” i to mnie wbiło w fotel. Kilka lat temu „Końcówka” Samuela Becketta w reżyserii Krystiana Lupy w Teatrze Rozrywki, też to samo.

Pytanie na koniec: kiedy Górnik zdobędzie piętnasty tytuł?

Ja się boję tego, co tam się dzieje, to wszystko źle wygląda – budowa stadionu, kolosalne długi. Boję się o Górnika i życzę mu jak najszybszego zdobycia mistrzostwa.

Czyli konkretnie?

2020 rok.

Dzięki za rozmowę.