Logo





W BLOGACH STARTOWYCH



BLOG TEATRALNY


ARTUR PAŁYGA

Dramaturg Teatru Śląskiego im. Stanisława Wyspiańskiego w Katowicach




ARCHIWUM



OSTATNIE WPISY


Natalia Stryj, data publikacji: 2015.03.11

GŁOS O ROZGŁOSIE


Ilustracja: Robert Trojanowski 

Zauważyliście ostatnie pustki w repertuarze? To z pewnością dlatego, że szykuje się nowy spektakl. Cała siła została skupiona na tym nadchodzącym wydarzeniu i cały zespół pracuje na próbach do „Czarnego ogrodu” . Musimy trochę poczekać, aż zacznie się coś nowego dziać na deskach Dużej Sceny, więc postanowiłam przenieść się w trochę ciekawsze miejsce czyli do Hollywood, a konkretniej Dolby Theater. Jak część z Was pewnie wie, właśnie tam od kilku lat rozdawane są Oscary. Też niezła ironia, żeby w siedzibie teatru przyznawać nagrody filmowe, ale mniejsza z tym.
Jaki film w tym roku został uznany za najlepszy? No pewnie, że Birdman, więc trochę  chcę o nim opowiedzieć, ale nie zapominając również o naszym Teatrze. Nie będę streszczać filmu, bo każdy powinien go zobaczyć.
Główny bohater filmu - aktor (Michael Keaton), który kiedyś grał komiksową postać tytułowego Birdmana w serii hollywoodzkich filmów, teraz jest zapomnianym aktorem, który próbuje uratować resztki swojej kariery i dumy tworząc spektakl na Broadwayu. W końcowej wersji nie wychodzi mu to najgorzej, ale mam wrażenie, że bardziej za sprawą skandali i szumu jaki zrobił się wokół niego, a nie przez wspaniałość i kunszt sztuki (co nie oznacza, że jej nie było). No i właśnie tu należy się zastanowić gdzie jest klucz do dzisiejszej sławy. Czy warto w pełni postawić na jakość, a nie reklamę i mieć nadzieję, że zostanie zauważony, czy może pójść na skróty i zrobić wokół spektaklu takie zamieszanie (niekoniecznie celowe), żeby mówił o nim każdy?
Moim zdaniem w Teatrze Śląskim głośno było o kilku spektaklach. Pierwszą z nich była „Piąta strona świata”, bo Kutz . Drugą jest „Lot nad kukułczym gniazdem”, bo  tzw. szmata czyli afisz spektaklu trafił na Zenit. Trzecim „głośnym” spektaklem jest „Skazany na bluesa” (Tu powodów jest mnóstwo). No i czwartym oczywiście jest najnowsza „Morfina”, która zrobiła zamieszanie nie tylko przez znane nazwisko Szczepana Twardocha, ale i niespotykane do tej pory w tym Teatrze nowatorskie i ciut skandaliczny (dla niektórych) przekaz.
Patrząc na powody popularności tych spektakli można by rzec, że nie liczy się jakość, a zdecydowanie rozgłos. To oczywiście jest bzdura, bo nie każdy głośny spektakl jest wart zobaczenia, a te wyżej wymienione nadal byłyby genialne gdyby o nich nie mówiono.
Teraz z innej beczki. Czy aktorzy grający w tych spektaklach są rozpoznawalni na ulicach? Czy muszą uciekać przed fanami lub reporterami? Nie i raczej im to nie grozi (tak samo jak aktorom innych teatrów). Ciekawi mnie jednak jak bardzo wzrosłaby popularność jakiegoś aktora jakby przeszedł się po Rynku w samej bieliźnie, wszedł na dach Teatru lub użył prawdziwej broni podczas sceny samobójstwa. Na pewno wtedy nie byłoby nudno. Na 100% każdy z nas miałby zarówno o czym pisać jak i mówić, a o Teatrze Śląskim byłoby głośno w najbardziej popularnych mediach. Ale wiecie co? Mam gdzieś taką popularność, która opiera się tylko na sensacji.  W dzisiejszym świecie nie jest trudno zostać „gwiazdką”, ale dużo trudniej zachować klasę i szacunek do samego siebie. To drugie jak na razie naszym aktorom udaje się doskonale. Zresztą tak samo jak aktorom Birdmana, którzy nie musieli być na wszystkich portalach plotkarskich, żeby stać się sławni i niech tak zostanie. 



Sebastian Pypłacz, data publikacji: 2015.03.06

REMAKE TO DZIECKO TEATRU

Przeglądając zapowiedzi filmów, coraz trudniej trafić na oryginalną pozycję. Nasze kina - te bardziej masowe - są bombardowane sequelami, prequelami, adaptacjami wszystkiego i co najważniejsze remake'ami. W takich momentach przeklinamy i rzucamy kąśliwą uwagę o powtarzalności popkultury.

Kiedy tak siedziałem, myślałem o tym skąd się to wzięło, w końcu wpadłem na pewien trop. Teatr! Remaki zawdzięczamy teatrowi!

No bo czym są kolejne adaptacje tych samych sztuk? Remakiem. Czy to znaczy, że rak współczesnej kinematografii strawił najpierw kreatywność twórców dramatów? Nie, po prostu zrobienie czegoś znanego od nowa to też wyzwanie. W teatrze każde nowa interpretacja sztuki, może być wydarzeniem, takim samym jak premiera pierwszej wersji. No bo za każdym razem dana fabuła filtrowana jest przez ludzi z innych środowisk i z innymi doświadczeniami życiowymi. No, ale przecież podobnie jest w filmach?

Także, nie narzekajmy na wyrost.

Aha, a prequele i sequele też nie są wymysłem chciwych producentów z Hollywood, przecież u nas już dawno temu specjalizował się w ich pisaniu Henryk Sienkiewicz.



Mariusz Partyka, data publikacji: 2015.02.26

FANTAZYJNA MASŁOWSKA

Przez ostatnie dni towarzyszyłem z aparatem w ręku próbom generalnym i egzaminom III roku Studium Aktorskiego w Teatrze Śląskim. W zeszłym tygodniu wybrzmiał „Fantazy” Juliusza Słowackiego w reżyserii Romana Michalskiego. Drugim egzaminem było wystawienie sztuki Doroty Masłowskiej „Między nami dobrze jest” oraz kilku scen prozą. Wszystko pod czujnym okiem Bogumiły Murzyńskiej. Tutaj dla mnie pojawił się teatr. Byłem ciekawy interpretacji tekstu Masłowskiej. Ten spektakl potwierdził, że egzamin niekoniecznie musi być dwoma godzinami oglądania czegoś, co już się widziało tu czy tam, ale że można zrobić coś nowego i usatysfakcjonować nie tylko komisję egzaminacyjną. Widzów także.

"Fantazy", obsada: Katarzyna Gołąb, Beata Wójcicka, Magdalena Tokarz, Marysia Baładżanow, Martyna Mirek, Adam Ender, Arkadiusz Machel, Wojtek Żak, Aleksander Kurzak, Karol Gaj. Suflerka: Sara Bednarczyk. Reżyseria: Roman Michalski.

"Między nami dobrze jest", obsada: Beata Wójcicka, Katarzyna Gołąb, Magdalena Tokarz, Marysia Baładżanow, Arkadiusz Machel, Aleksander Kurzak, Karol Gaj. Reżyseria: Bogumiła Murzyńska.

Fotorelacja z egzaminów poniżej. Więcej zdjęć na:

https://mariuszpartyka.wordpress.com/2015/02/26/maslowska-w-studium-czyli-miedzy-nami-dobrze-jest-i-sceny-proza/

https://mariuszpartyka.wordpress.com/2015/02/20/fantazy-czyli-iii-rok-studium-aktorskiego-interpretuje-slowackiego/



Natalia Stryj, data publikacji: 2015.02.20

„SABOTAŻ” TEATRU...


Ilustracja: Robert Trojanowski

Miało być spokojnie i miało być o pewnym  filmie i Oscarach, ale najlepsze tematy to są te, które dotykają autora osobiście, więc wybaczcie, ale wszystko inne musi poczekać. Kilka wpisów niżej (wpis z 20 stycznia) Sebastian zastanawiał się dlaczego nie chodzimy do teatru. Każdemu przyszły do głowy ceny biletów czy brak czasu (z czym oczywiście się zgadzam) i to jest jasne. Dzisiaj doznałam olśnienia i przyszedł mi do głowy jeszcze jeden poważny argument. Nikt, a jeśli już, to mało kto wpaja w młodych ludzi chęć chodzenia do teatru. Na każdym poziomie edukacji spotkałam się bardziej ze zniechęcaniem młodzieży i dzieci do teatru. Nie oznacza to, że nikt nas do niego nie wysyła. Raz lub kilka razy do roku (w zależności od szkoły) uczniowie dosłownie są zaciągani siłą na jakiś spektakl. Kończy się to tym, że księgowi cieszą się, że mają zapełnioną widownię, bileterzy i inni pracownicy mają pełne ręce roboty w związku z upominaniem itp., a młodzież jeśli nie jest zainteresowana robi wszystko zamiast skupić się na spektaklu. A jeszcze na dokładkę musi odrabiać stracone godziny, żeby wyrobić się z programem. Jeśli to jest dobra sztuka i teatr to jest jeszcze szansa, że ktoś będzie chciał tam wrócić, ale część osób będzie na „nie” za sam fakt przymusu i presji jaką się na nim wywarło. Miałam to szczęście, że ja trafiłam na taką dobrą sztukę (a raczej na taką, która mnie wciągnęła w ten świat), więc jestem tu gdzie jestem, ale nie dziwię się nikomu kto ma uraz i niezbyt optymistycznie patrzy czasem na teatr.
Pomyślałam sobie, że na studiach (a szczególnie kierunkach związanych z kulturą i teatrem) nikt już nie jest w stanie zniechęcić do teatru, a jeśli już to tylko zachęcić poprzez ciekawy program nauczania etc. Nic bardziej mylnego. Wszystko tak naprawdę zależy od sposobu w jakim chce się przekazać daną wiedzę i to dotyczy każdej dziedziny i przedmiotu. Niektórzy ludzie naprawdę nie nadają się do nauczania (pomimo tego, że bez wątpienia znają się na rzeczy). W przypadku teatru jest to o tyle fatalna sytuacja, że już na początku nie ma zbyt wielu chętnych na uczenie się o teatrze (bo dlaczego mieliby chcieć się uczyć skoro do niego nie chodzą). A jeśli w dodatku nauka o teatrze konkuruje z nauką o filmie to chyba nie trzeba dodawać co wygrywa. Tym bardziej należałoby zachęcać i ciekawie nauczać tak, aby zdobył on (teatr) nowych miłośników, a już na pewno nie „usuwać” tych, którzy już nimi są. No niestety, jak się okazuje z tym bywa różnie i bardzo mnie to dziwi i smuci. Nie wiem dlaczego niektórzy ludzie, którzy praktycznie żyją z teatru ucząc o nim sami „sabotują” go od środka. Może to jest jakaś próba wiary i siły? Wytrwać w miłości do teatru mogą tylko „najsilniejsi”? Sama nie wiem, ale widzę, że do wielu nie można mieć pretensji, że nie chodzą do teatru. Należy mieć pretensje do tych, którzy mogliby do niego przekonać, a działają zupełnie odwrotnie.
Ja ze swojej strony mogę tylko apelować do młodych ludzi – nie zrażajcie się do teatru przez to co Was spotka na swojej edukacyjnej drodze, bo nigdy nie wiecie czy to właśnie nie jest wasza prawdziwa pasja.