Logo





W BLOGACH STARTOWYCH



BLOG TEATRALNY


ARTUR PAŁYGA

Dramaturg Teatru Śląskiego im. Stanisława Wyspiańskiego w Katowicach




ARCHIWUM



OSTATNIE WPISY


Artur Pałyga, data publikacji: 2017.10.23

WPIS PRÓBNY

Najcudowniejszą i najstraszniejszą, najbardziej ekscytującą i najprzeraźliwiej nudną rzeczą w teatrze są próby. Hermetyczna to sprawa niczym obrzędy tajemne, dionizyjskie. Niechętnie i wyjątkowo wpuszcza się tu ludzi z zewnątrz. Próba to sprawa wewnętrzna. To rodzenie się, dojrzewanie tego płodu, który ma się narodzić jako samodzielny organizm – spektakl teatralny.

Na próbach dzieją się rzeczy straszne. Najpiękniejsze, nabardziej niezapomniane sceny teatralne widziałem na próbach. Mam je pod powiekami, mam je w uszach, mam je w głowie, mam je w ciele. Bo kiedy nagle z tej magmy, z tej drętwoty, z tej orki wyłoni się coś niezwykłego, dogłębnie prawdziwego, szarpiącego najsilniejsze struny w człowieku to jak ogniem wypala się w pamięci i głowy, i serca. W dodatku są to rzeczy nie do powtórzenia. W tej teatralnej maszynie, która cała polega na powtórzeniach, na zagraniu tego jeszcze raz, na powtórzeniu tego samego następnego wieczoru o 19.00, zaczyna się wszystko od niepowtarzalnego. Tak jak niepowtarzalne są każde narodziny. Ten błysk, ta siła, jaką ma scena, która właśnie w tej chwili, podczas próby, pierwszy raz zaistniała, jest nie do odtworzenia. I nigdy nie wiesz, kiedy. Czy na pierwszej próbie, czy na ostatniej, czy gdzieś w jakimś mało efektownym trakcie. I to jest największa nagroda, jaką dostajesz za to, że siedzisz w żmudnym i trudnym środku, to odkrycie, że ten największy, najprawdziwszy teatr zdarza się na próbach, a wszystko potem to próba jego odtworzenia.



Artur Pałyga, data publikacji: 2017.10.10

KTO MYŚLI ZBYT WIELE, MAŁO OSIĄGNIE

Es lächelt der See, er ladet zum Bade,
Der Knabe schlief ein am grünen Gestade,
Da hört er ein Klingen,
Wie Flöten so süss,
Wie Stimmen der Engel
Im Paradies.

 

To były pierwsze słowa, jakie padły z tej sceny w październiku 1907 roku.

Były wyśpiewane. Śpiewał je płynący łodzią młody rybak rozpoczynający tym rejsem pierwszą katowicką premierę: „Wilhelma Tella” Fryderyka Schillera.

 

W polskim przekładzie brzmi to następująco:

 

Jezioro się śmieje i szumią w nim wody,
Na jasnym wybrzeżu chłopak usnął młody.
Wtem głos go dochodzi
Niby fletu dźwięk,
Niby rajskiej harfy
Cudowny brzęk.

 

Ta pieśń to kuhreihen – szwajcarska pieśń pasterska, pierwotnie nucona bez słów była znakiem dla krów, że trzeba się schodzić na dojenie. Czy krowy rozpoznawały melodię? Żeby im się utrwaliło, elementem kuhreihen było jodłowanie. Każda szwajcarska krowa, słysząc jodłowanie, czuła świerzbienie w wymionach. To nie była wesoła melodia. Kuhreihen stała się symbolem szwajcarskiej choroby. Tak nazywano onegdaj nostalgię – szwajcarska choroba (stąd fiolet, barwa melancholii w kolorach słynnej czekolady). Być może wyraz krowich oczu w trakcie jodłowania budził wśród krążących po górach poetów nostalgiczne skojarzenia.

Rybak wypływający łodzią na scenę Teatru Śląskiego nie zwoływał krów. Pieśń oderwała się od wymion. A Schiller dodał jej tekst, w którym bohater budzi się, kiedy tonie. Cudowny głos fletu i harfy usypia.
 

Ja śpiących przywabiam i wciągam ich w toń! – mówi Głos w pieśni otwierającej wszystkie sezony Teatru Śląskiego.
 

Biedny rybak tak słuchał tej harfy, że zasnął, a kiedy się obudził, tonąc, zaczął śpiewać.

Siedząc na widowni w trakcie wieczoru 110 urodzin Teatru, zastanawiałem się, czy tonący rybak jodłował i czy echo rybackiego jodłowania tkwi do dziś w tych murach.

„Wilhelm Tell” Schillera był wtedy w Katowicach lekturą szkolną w gimnazjum. Znali go wszyscy, którzy chodzili do szkoły, a przynajmniej wiedzieli, o czym jest. Tak jak dziś „Wesele” Wyspiańskiego. I tak, jak wszyscy, którzy dziś wiedzą, o czym jest „Wesele”, wiedzą też, że nie chodzi w nim tylko o to, że ktoś z kimś wziął ślub i się bawią, ale że, z grubsza rzecz biorąc, jest to opowieść o niemożności, o ludziach pogrążonych w gadaniu, w zabawie, w obcowaniu z widmami, w alkoholowym widzie, w chocholim tańcu i z jakiegoś powodu niezdolnych do czynu, tak wówczas każdy, kto oglądał pierwszą premierę w nowo otwartym Stadttheater w Kattowitz, wiedział, choćby ogólnie, że „Wilhelm Tell” nie jest o strzelaniu z łuku do jabłka na głowie, ale o ludzie, który postanowił odzyskać utraconą autonomię, buntując się w tym celu przeciw władzy państwowej. Konkretnie o dawnych Szwajcarach pod naówczas władzą austriacką. A Wilhelm Tell był ich bohaterem, człowiekiem czynu, którego dewizą jest: „Kto myśli zbyt wiele, mało osiągnie!”.

Pod koniec aktu drugiego katowicka widownia oglądała słynną scenę przysięgi w Rütli – tajnego sprzysiężenia przeciw władzy państwowej.

 

Każdy z was teraz niech do dom spokojnie
Wraca do druhów i przyjaciół swoich.
Pasterz o trzodę, rolnik niech o ziemię
Troska się, członków dla związku jednocząc.
A gdy was jaka znowu spotka krzywda,
Ścierpcie ją: niech tyranów rośnie dług,
Aż przyjdzie dzień, w którym nam go zapłacą
Wraz – wszystkim i każdemu z nas z osobna.
Niechaj więc każdy powściąga swój gniew
I na pamięci niechaj zawsze ma,
Że ten najwięcej wspólnej szkodzi sprawie,
Kto o swą własną tylko sprawę dba.

– mówi Stauffacher, po czym, jak pisze w didaskaliach Schiller, „orkiestra zaczyna grać wspaniałą, porywającą melodię” i na scenie „ukazuje się, ponad śnieżnymi szczytami gór cudowny widok wschodzącego słońca”.

Z powodu tej sceny Hitler w 1941 roku zakazał teatrom grania „Wilhelma Tella”. Tego samego roku w Berlinie został zgilotynowany młody szwajcarski teolog, Maurice Bavaud, który próbował zastrzelić Hitlera. Bavaud nazwany zostanie po wojnie nowym Wilhelmem Tellem. Ale w Katowicach już innej harfy grają wówczas dźwięki.



Artur Pałyga, data publikacji: 2017.10.02

TRZY GODZINY WYSPIAŃSKIEGO

„Wypadło mi się zatrzymać w Katowicach, gdyż na dworcu w Krakowie źle mnie poinformowano, i trzy godziny mam czasu. Zwiedzam więc Katowice. Jest to wielkie miasto malutkie. Zupełnie brzydkie i głupie, ale praktyczne, eleganckie i mądre. Dziewczęta ładne, głupiuteńkie, sądząc z wyrazu twarzy.” – napisał nasz patron, Stanisław Wyspiański, w lipcu 1898 roku do Lucjana Rydla i są to jedyne jego słowa o Katowicach, jakie się zachowały.

Trzygodzinny spacer. Pewnie się przeszedł Mariacką. Może usiadł w kawiarni. Może stanął na chwilę w miejscu, w którym niedługo później powstał teatr, dziś jedyny teatr jego imienia. Jedyny, który wziął go sobie za patrona.

Może stamtąd poszedł na pocztę, usiadł, napisał kartkę do Rydla, u którego będzie na weselu.

Rozpiął te trzygodzinne Katowice w wyobrażeniu swoim na osiach przeciwieństw. Wielkie i malutkie – to jedna oś. Zupełnie brzydkie i głupie ale praktyczne, eleganckie i mądre – to druga oś.

Więc jednocześnie brzydkie i eleganckie. Jednocześnie mądre i głupie.

Zobaczył miasto budzące skrajnie sprzeczne odczucia. Miasto wykluczających się przeciwieństw.

No i te dziewczęta. Przyglądał się oczywiście dziewczętom. Facetów żadnych przez te trzy godziny nie zauważył. Ani nawet kobiet. Tylko dziewczęta. Nie docenił. Nie, że czyste, praktyczne, gospodarne Ślązaczki. Ładne, ale głupiuteńkie. Szowinista. Cham. Zarozumiały Polak. Niby przenikliwy, a głupi. I w ogóle najgorzej. Przyjechać w obce miejsce, w którym się jest raz w życiu, i dziewczyny miejscowe obrazić, to obrazić wszystkich.

 

Więc będzie tu przez lata. Jako patron. Będzie oglądał wszystkie te dziewczęta w teatrze, i te na scenie, i szatniarki, i te na widowni. Będzie im patrzył w twarze. I będzie im pokazywał sztuki.

W najbliższą sobotę pokaże im wesele u Rydla. W 110. urodziny śląskiego Wyspiańskiego.



Artur Pałyga, data publikacji: 2017.09.26

TRUP

– I co tam nowego? – zadałem wyzywające pytanie pani Karolinie z teatralnej kawiarenki Meanwhile.

– Co nowego? – pani Karolina podjęła wyzwanie – Trupa będziemy szukać.

– A kto kogo zabił?

– Jeszcze nie wiadomo. Chcieli mi powiedzieć, ale nie chciałam wiedzieć.

– Dlaczego?

– Bo też chcę szukać! U nas się zacznie szukanie.

 

Trup będzie szukany w Noc Teatrów i w południe tę noc poprzedzające. Jak ktoś zainteresowany, niech sobie sprawdzi na stronach teatru, na fejsbuku. Pierwsza grupa szuka trupa od dwunastej.

Całą intrygę, jak sieć pajęczą wysnuła z siebie Marta Matyszczak, znana śląska autorka kryminałów, więc no.

Przypomniało mi się, jak Marta chodziła do mnie na zajęcia Szkoły Lokalnych Opowieści i jak w salce na górze odgrywaliśmy psy, którym Marta dała głos w swoich scenkach. Czuła pisarka z wyobraźnią.

 

Tymczasem trwają próby do „Korfantego” i, jak zwykle, napięcie rośnie. Budynek teatru zaczyna elektryzować. Kto kiedykolwiek pracował w teatrze, wie o czym mówię. Sezon to sinusoida, gdzie kolejne premiery to coś w rodzaju burzy z piorunami, podczas których rosnące napięcie rozładowuje się gwałtownie, aby potem na chwilę skutkować cichą melancholią. Umieranie i zmartwychwstawanie, umieranie i zmartwychwstawanie. I tak wciąż.